Wszyscyśmy po trochu faryzeusze. Religijność Noblistki. Wacława Oszajcy książka dla dzisiejszego Kościoła bezcenna

Mądrość Syracha 35,12-14. 16-18

Psalm 34,2-3.17-19.23

Ewangelia Łukasza 18,9-14

W trzech tekstach dzisiejszych mowa jest o pokorze i jej przeciwieństwie, pysze niecnocie. W księdze Syracha czytamy, że „modlitwa pokornego przeniknie obłoki” , w psalmie o „weselu pokornych”, a w Ewangelii Łukasza przypowieść kolejna, ta o faryzeuszu i celniku. Pomyślałem sobie, żeśmy wszyscy, ja też, czasem trochę faryzeusze. Wybrzydzamy słusznie oczywiście na formalizm etyczny tamtej sekty żydowskiej, osławionej w ewangeliach, choć saduceusze nie lepsi bynajmniej (spór był już wtedy z nimi głównie), ale ile w nas także nieraz przywary tamtej. No i właśnie tej przedstawionej przez Łukasza. Wywyższanie się nad godny pogardy religijny plebs. Niełatwo nam unikać moralnego porównywania się z bliźnimi, przestrzegał przed nim kiedyś mariawicki ksiądz Konrad Rudnicki. Oczywiście porównywania się na naszą korzyść: sposób na poprawienie sobie humoru… Owszem, ale niech to będzie „komparatystyka” z lepszymi od nas. Ich uroczystość katolicka już za pasem.

Religijność naszej nowej biblistki: w r. 1996, nr 46, napisała w „Tygodniku Powszechnym” pod tytułem „Świat z odwrotnej strony” tekst przypomniany przez tę redakcję teraz w numerze z 20 bm. Cytuję we fragmentach. „Wychowywałam się w rodzinie ateistycznej. Wyznania religijne były w niej traktowane jako egzotyczne mitologie, do których jednakże należy się odnieść z szacunkiem, bowiem stanowią wyraz ludzkich pragnień, cierpień i tęsknot. Gdy miałam sześć lat, moja ciocia pod nieobecność rodziców zorganizowała szybki chrzest. Po wszystkim z księdzem na plebanii pili kawę i rozmawiali. Pamiętam, że się nudziłam.

Kilka lat potem przyszedł okres dziecięcej religijności, treściowo nieprawdopodobnie poplątanej i eklektycznej, ale silnej i wywierającej duży wpływ na moje widzenie świata. Nie miałam z zewnątrz żadnego wsparcia, ale i nie potrzebowałam żadnego wsparcia. Wystarczałam sama sobie. I do tej pory zostało mi z tego okresu przekonanie, że przeżycia religijne to coś bardzo prywatnego, nawet intymnego, jak seks.

(…)Fascynował mnie behawioryzm i socjobiologia, potem miałam krótki romans z psychoanalizą, a potem odkryłam Junga. Wydawało mi się, że Jung łączy dwie istotne dla mnie sprawy: zaufanie doświadczeniu i intelektowi oraz , z drugiej strony, tym wewnętrznym potężnym intuicjom, bez których życie byłoby trudne do przełknięcia jak kawałek suchego chleba. Niezwykłość filozofii Junga polega na połączeniu dwóch sposobów postrzegania świata, które zawsze sama zawsze widziałam jako nie tyle rozłączone, co nawet sprzeczne. Z jednej strony myślenia racjonalistycznego, obiektywnego, przyczynowo – skutkowego, empirycznego, mówiąc w skrócie: doświadczenia naukowego, oraz z drugiej – całej sfery nieracjonalnej, intuicyjnej, niesprawdzalnej, a więc subiektywnej, niepowtarzalnej i nieprzekazywalnej, w skrócie: doświadczenia religijnego. I jak to zwykle bywa z przeciwieństwami, ich połączenie nie okazało się prostą mieszanką, ale sumą, która tworzy nową, trzecią jakość.

(…)Przeżycie religijne często bywa tak silne, tak przemożne, że domaga się ekspresji. Szukamy więc języka dla tego, co ze swej natury jest pozajęzykowe. Ludzie często uciekają się do słownika wiary, wyznania, w którym się wychowali. Ja nie miałam takiego słownika. Nigdy nie należałam do żadnej wspólnoty wyznaniowej, która mogłaby mnie wesprzeć. To, co pisał Jung, wydało mi się zrozumiałe i bliskie. Nie wymagało ode mnie wyrzeczenia się intelektu, nawyków myślenia. Nawiązywało do tego, czego nauczyłam się studiując psychologię, odwoływało się do moich pierwszych doświadczeń z pacjentami, z szacunkiem i uwagą odnosiło się do snów, zawsze bardzo ważnych w moim życiu. A przy tym nie było «odlotowe».

Człowiekiem religijnym stałam się już jako osoba dorosła, na własną rękę próbując wszelkich możliwych dróg. W tej sferze swojego życia spostrzegam jakąś uporczywość, potrzebę, która domaga się przejawienia i zaspokojenia. Jung mówił, że potrzeba religijna jest rodzajem instynktu.

(…)Religijność to bowiem szukanie porządku poza sobą samym, to w pewnym sensie uwolnienie od siebie. Myślę, że przeciwieństwem religijności będzie więc nerwica, czyli beznadziejne i bolesne uplątanie się w siebie, w swoje lęki, obawy, rojenia «ja». Nerwica to niemożność wyjścia poza siebie. Tam, gdzie zatryumfował indywidualizm rozumiany jako hołdy składane «osobowości” i przecenianie jednostkowej świadomości, religijność zostaje zepchnięta na margines życia, sprowadzona do sekciarskich utarczek o «prawdziwego Jedynego Boga» lub o dogmaty.

Istnieje jakaś bolesna, paradoksalna sprzeczność między świadomością odrębnej jednostki a religijnością – w rozwoju człowieka jest jednak punkt, gdzie tak rozumiana indywidualność musi zostać poddana próbie, tzn. jednostka musi doświadczyć, że jej niepowtarzalność, wyjątkowość, jej odrębność jest w pewnym sensie złudzeniem, jest etykietą, która przedmiot wprawdzie opisuje, ale nim nie jest. Osobowość jest tylko psychicznym narządem służącym przystosowaniu się do życia w konkretnym, zróżnicowanym na wszelkie sposoby świecie. To, co ulega przystosowaniu, leży głębiej. I nie pochodzi z „tego świata”. Religijność to właśnie życie psychiczne tego czegoś. To Jung nazywa jaźnią”.

Teraz coś o książce, która poprawiła mi humor w sposób etyczny. Otóż wysławiam tu nieraz ojców (braci raczej, choć to duchowieństwo, nie plebs laikatowy) dominikanów, jest jednak naturalnie zakon równie znakomity: Towarzystwo Jezusowe. Przeczytałem książkową rozmowę z jednym takim kapitalnym , wydaną przez ichnią oficynę WAM znakomitą: Wacław Oszajca SJ, poeta skądinąd, i Damian Jankowski z „Więzi”, „Innego cudu nie będzie. Rozmowy o wierze i niewierze”. Czytałem zakreślając sobie tyle, ile chyba przy żadnej lekturze. Jest to jakby podręcznik do działania, które nazywa się dzisiaj nową ewangelizacją, czyli wersją katolickiej doktryny i praktyki pastoralnej, który ma szansę zainteresować młode Polki i Polaków dzisiaj. No cóż, Oszajca i Franciszek również. Jego pontyfikat musiał chyba ośmielić także tychże zakonników naszych. Już nawet bałem się trochę o pozycję tego pierwszego, że na za dużo sobie pozwala. Tymczasem jednak pisze w książce parokrotnie, że ma w Warszawie na Rakowieckiej zadań ważnych wiele, na czele z opieką nad młodym narybkiem. To wybór personalny genialny, ponieważ już na przykład we Francji karta się dziwnie odwraca: młodzi księża są znacznie bardziej konserwatywni, niż starsi. U nas żadnej rewolucji soborowej nie było, nie ma zatem nic do ewentualnego wycofania: wręcz przeciwnie. Jezuita poeta przydaje się ogromnie.

Rogatą duszę miał już niemal dzieckiem w kolebce. Ministrantem był, ale krótko. Dialogując pod czas mszy z księdzem proboszczem w świętym w języku łacińskim pomylił się jakoś raz, prezbiter go strzelił w ucho, a on – nieprzyzwyczajony do bicia po twarzy – odpowiedział kopnięciem czy ugryzieniem… Następny problem miał jako działający „za komuny” odważnie lubelski duszpasterz akademicki oraz szef Komitetu Pomocy Internowanym i Represjonowanym. Co prawda pod wyraźnym naciskiem SB biskup przeniósł go na stanowisko wikarego do katedry. Tu wyznaje, że bardzo bał się wcześniej nominacji na proboszcza, bo nie nadaje się w ogóle do sprawowania jakiejkolwiek władzy (rozumiem go doskonale). Nie szło mu między innymi redagowanie naczelne jezuickiego miesięcznika „Przeglądu Powszechnego”. Brak mu zdolności organizacyjnych: jest między innymi w tym wyznaniu miło samokrytyczny. Bynajmniej też nie ukrywa, że do dzisiejszych poglądów kościelnych dojrzewał stopniowo.

Czyli do jakich? Pewnie to oczywistości dla niektórych, ale nie dla wszystkich przecież. Nie trzeba bać się wątpliwości: „Dogmaty nie powinny zamykać sprawy, ale zmuszać do myślenia. Zasada «Roma locuta, causa finita» stała się dziś niemożliwa do obrony. Czyli doktryna nie w naftalinie, jak się rzekło Franciszkowi. Celibat? Dużo o własnym przeżywaniu go i akceptacji, ale rzymskokatolicka obowiązkowość to żaden dogmat. Nikt tak nie twierdzi, ale zauważę sam, że wybitni ludzie Kościoła bronią go, jak by tak było. Kapłaństwo kobiet? Zapytany kiedyś w Poznaniu publicznie o jedno i drugie, odpowiedział, wszystko jest możliwe, wywołał straszną zawieruchę, aż nie przedłużono mu tam jurysdykcji, czyli prawa do spowiadania i publicznego odprawiania mszy. Oszajca tłumaczy, że męski monopol na duchowność został potwierdzony przez Jana Pawła II, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom: to formuła bliska dogmatowi, choć nie dogmat. I przypomina, że w wieku XIX był taki myśliciel włoski Antonio Rosmini, autor prekursorskiej książeczki „Pięć ran świętego Kościoła”, o której Święte Oficjum oświadczyło, że jej tezy nigdy, ale to nigdy nie mogą być uznane za prawowierne. Został jednak zrehabilitowany doktrynalnie, nawet i wręcz beatyfikowany, albowiem „panta rei”. A dzisiejszym jezuitom wolno więcej: o tak zwanych księżach diecezjalnych słyszę raz po raz, że podpadają kolejnym wychylaniem się. O co jakby nad Wisłą i Odrą coraz łatwiej: arcybiskup Marek Jędraszewski. metropolita Krakowa, ale też całej Polski…

Inne jezuicko- poetyckie opinie. Nauczanie co do odpustów wątpliwe – ale podobno papieżowi Pawłowi VI wypsnęło się, tak słyszałem, podobne wyznanie. Aborcja? Czy na pewno już od chwili poczęcia albo raczej dopiero, kiedy zarodek się zagnieździ, bo przedtem ginie większość z nich (wątpliwość także dominikanów Wiśniewskiego, Ligowskiego). Pedofilia: Kościół sam się oczyści? „Wydaje się, że potrzebujemy wpuszczenia w przestrzeń kościelną prokuratorów, zewnętrznych komisji, które – kolokwialnie mówiąc –zrobią porządek”.

Nie streszczam dalej: mam nadzieję, że to reklama wystarczająca. Obu rozmówcom gratuluję serdecznie!

PS. Acha, i jeszcze pytanie autora z ust mi wyjęte: czy może być karą przeniesienie do stanu świeckiego? No właśnie, w Kościele jak w wojsku, degradacja do podoficera? Problem nie tylko terminologiczny na pewno.

Reklama

138 myśli na temat “Wszyscyśmy po trochu faryzeusze. Religijność Noblistki. Wacława Oszajcy książka dla dzisiejszego Kościoła bezcenna

  1. Nie ma Awarcho żadnej dyskriminacji. Kobiety z natury sa uczuciowe i to w pewnych sytuacjach sprawia, że pod nawałem uczuć jakich jako “facet” nie jesteś sobie nawet w stanie wyobrazić podejmuja złe decyzje ☹️ My jesteśmy cool i podobnie jak maszyna cyfrowa na mrozie możemy trzeźwo w każdej sytuacji – z wyjatkiem tej, o które wspomina Koehlet – swobodnie myśleć.

    Polubienie

  2. Ponieważ istnieje coś takiego jak ciekawość rzeczywistości dotyczącej „sąsiadów” ( w najogólniej pojętym znaczeniu tego słowa) – napiszę ciekawostkę, którą przypadkowo znalazłam w wikipedii: Świadkowie Jehowy są tam zaklasyfikowani do wyznań chrześcijańskich określanych terminem restoracjonizm – Obejmuje on m.in. :
    ” – ruchy Stone’a i Campbella (wspólnie jako tzw. Restoration Movement), od których wywodzą się współczesne Kościoły Chrystusowe;
    – bracia plymuccy;
    – święci w dniach ostatnich (mormoni) – Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, Społeczność Chrystusa i różne inne odłamy;
    -adwentyści (ruch Millera), w tym adwentyści dnia siódmego;
    – chrystadelfianie;
    – ruch uświęceniowy, którego przedstawicielem jest Kościół Nazarejczyka;
    -ruch badacki, którego główna część w 1931 roku przyjęła nazwę Świadkowie Jehowy oraz inne wyznania badackie powstałe po śmierci Charlesa T. Russella

    Elementy restoracjonistyczne w swoim nauczaniu posiadają również Żydzi mesjanistyczni. „””””
    Istnieje taka różnorodność wyznań, dlaczego u nas jej nie ma/??? I nawet nie jest znana! Czytam obecnie zaległą z dzieciństwa książkę „Życie Pi” o chłopcu, który pragnął być jednocześnie wieloma tożsamościami, a nie mógł, musi wybierać jedną. Straszne!

    Polubienie

  3. Atrojko, ja Ci to uproszczę. Ruchy, tendencje, czy jak jeszcze się to określa uczonym językiem, o których wspominasz i jakie miały miejsce nie tylko w XIX w. ale od chwili gdy w chrześcijańskim zborze (kościele), który ustanowił Jezus Chrystus zaczęły się rozłamy to naturalna reakcja różnych jednostek na wypaczanie tego, czego Chrystus nauczał. Różni ludzie do tych reformacji się przyłaczali w poczuciu, że odcinaja się od religijnej obłudy. W ten właśnie sposób powstawały rozmaite chrześcijańskie kościoły. Problem zawsze jednak polegał i nadal polega na tym, że każde następne pokolenie zaczynało trochę bezmyślnie praktykować to, czego w tych nowych ugrupowaniach i kościołach byli nauczani. Bezmyślnie, bo sami nie byli i nadal nie sa już otwarci na to, co znajduja w Ewangelii. Nie maja zainteresowania aby wgłębiać się w to, czego nauczał Jezus Chrystus. Po prostu praktykuja. I tak to się plecie. Jedni chca powrócić do nauk Chrystusa, drugim jest to obojętne czego wysłuchuja w swoich kościołach, wystarczy im, że tam sa (bez wgłębiania w doktryne). Po opuszczeniu rozmaitych “Sal Królestwa” i tak maja inne zainteresowania, nie zupełnie to co próbuja wpajać im na podstawie Ewangelii ich rodzice.

    Polubienie

  4. Jeśli wybierzesz się do Sali Królestwa Świadków Jehowy to poza przyzwoicie wygladajacymi chrześcijanami zobaczysz tam również młodych ludzi w obcisłych spodniach i marynarkach od Armaniego starajacych się nadażyć za teokratycznym programem realizowanym na Sali ale również stylem bycia osób wśród których poza Sala Królestwa na codzień się obracaja. Zdarza się też, że i niektórzy starsi ulegaja tego rodzaju trending. Isunać starszego z przywileju nie jest łatwo bo już go ma. Trzeba byłoby mu naprawdę coś poważnego zarzucić. Inni się temu przygladaja i albo odchodza od zboru albo bez względu na to, co widza trzymaja się zdrowej nauki. Takie rzeczy działy się już za soostołów. Przeczytaj wszystkie 3 Listy Jana. Nie sa długie. Każdy wybiera to, co lubi, nikogo do niczego nie można zmuszać.

    Polubienie

    1. do pana Awarcho.
      Dzisiaj dopiero przeglądałam komentarze. W jednym z nich przytoczyl pan wizję Kościola wg kard. J. RATZiNGERA. . Tak, ta wizja jest bardzo prawdopodobna. A dla mnie bardzo pocieszająca, wręcz optymistyczna.To byłoby całkowite odnowienie Kościola i sprowadzenie go do początków, i na innych zasadach.
      Ta wizja ułatwia (przynajmniej dla mnie) pogodzenie się z tym, co się dzieje obecnie w Kosciele, i katolickim i w protestanckich…..A dzieje się bardzo źle. Ja, nieodmiennie podległa zasadzie ‚Solus Christus’, w ogole prawie nie słyszę tam słowa CHRYSTUS …..Dominuje pojęcie ‚wszechmilosierdzia Boga’ dla wszystkich i dla wszystkiego, co się obecnie na świecie wyprawia (wojny, ludobójstwo i obłęd seksualny)…….

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s