Odszedł, ale pozostał. Prymas trochę jak papież

Dzieje Apostolskie 1,1-11
„Uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: – Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od Was do nieba, przyjdzie do Was tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.
Dzisiaj uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W niektórych Kościołach krajowych, także polskim, przeniesiona z czwartku na niedzielę, bo nie każdy przyjdzie do kościoła w dzień powszedni. Zaraz jednak pytanie fundamentalne: czy Jezus rzeczywiście „wstąpił na niebiosa”? Znów coś kwestionujecie, nie uszanujecie żadnego dogmatu — zakrzyknie, być może, jakiś nerwowy czytelnik. Uszanujemy, uszanujemy…
Co najmniej od czasów Kopernika wiemy natomiast, że niebiosa nie są nad nami, że Bóg „mieszka” poza czasoprzestrzenią. A jak rzecz wygląda w Biblii? O wniebowstąpieniu mówią Marek oraz Łukasz w obu swoich dziełach. Wprawdzie tylko Dzieje Apostolskie powiadają wyraźnie, że Jezus uniósł się w górę, a Ewangelie poprzestają na określeniu: został wzięty do nieba, ale wszędzie tu mamy do czynienia z obrazem rzeczywistości, w którym ziemia jest po środku: nad nią raj, pod nią piekło. Sam Jezus używa czasem takich jakby „geocentrycznych” określeń (por. J 20,17). Sprawa wygląda analogicznie, jak z wersetami o ruchu słońca wokół ziemi. Nie żyjemy jednak w czasach Galileusza i nie boimy się pewnej „demitologizacji”. Tak jak nie bało się jej Magisterium Kościoła, używając w definicji dogmatu o Wniebowzięciu ogólnego sformułowania: została wzięta do chwały niebieskiej. Z radykalną zmianą światopoglądu, jaką przyniosły nam czasy nowożytne, wiąże się jednak potrzeba nieco głębszej reinterpretacji wiary w owo wstąpienie w niebo. Z relacji Biblii wynika, że Jezus zmartwychwstały przebywał tu na ziemi czterdzieści dni, czyli przez jakiś czas (czterdzieści jest w Piśmie jedną z liczb symbolicznych: oznacza nie określony dokładnie, ale dość długi okres czasu), po czym zasiadł po prawicy Bożej. Otóż obraz taki jest nierozdzielnie związany ze światopoglądem, w którym rzeczywistość „niebieska” niejako sąsiaduje z naszym ziemskim światem, stanowi po prostu inną część jakiejś większej całości. Dziś uważamy raczej, że Jezus przez sam fakt zmartwychwstania w ciele innym niż ziemskie, ciele „uwielbionym” właśnie, przeszedł do chwały Bożej, czyli do owej całkowicie innej rzeczywistości, do innego „wymiaru”. 
Po co więc było wniebowstąpienie? Przede wszystkim po to, żeby powiedzieć, że już więcej nie będzie się Jezus uczniom ukazywał. Ale chyba również po to, by unaocznić im Jego zwycięstwo, Jego wejście do chwały. Napisałem: unaocznić. Bo wprawdzie mogło być i tak, że żadne realne uniesienie się w górę nie miało miejsca. Jezus po prostu zniknął, ale autor Dziejów przedstawił to w sposób „geocentryczny”, żeby lepiej zobrazować czytelnikowi Boże uwielbienie Jezusa. Mogło być tak, ale mogło też być inaczej: sam Bóg w taki sposób unaocznił uczniom swoje uwielbienie Syna, dał im znak jedynie zrozumiały w ramach ówczesnej wizji świata. Nie odrzucajmy dogmatycznie podobnej możliwości. „W dziełach naukowych znaleźć można bardziej szczegółowe dane na temat stopnia dosłowności różnych opowiadań. Najbardziej wyspecjalizowana nauka wykazuje jednak w tych sprawach jeszcze mnóstwo niepewności. W obrębie obcego gatunku literackiego nie da się wszystkiego dokładnie wyznaczyć i wykreślić. Być może w naszych czasach przesadzamy w innym kierunku niż przed pięćdziesięciu laty i uważamy wiele opowiadań za mniej dosłowne, niż domagałby się tego faktyczny stan rzeczy. Możliwe, że wówczas działo się również więcej rzeczy zewnętrznie niezwykłych, niż dziś to sobie wyobrażamy. Dlaczego podobne zdarzenia miałyby się dziać tylko w Lourdes, a w ówczesnym. Izraelu nie? Jest rzeczą możliwą, że przemawiając do człowieka tamtych czasów Bóg rzeczywiście sprawiał, że głos Jego rozbrzmiewał w powietrzu, a Objawienie dokonywało się w taki sposób, że niejedno opowiadanie należałoby jednak pojmować w sensie dosłownym.” Cytat ten pochodzi ze sławnego niegdyś „Katechizmu holenderskiego” i odnosi się do Starego Testamentu. Z zachowaniem wszelkich proporcji można by chyba te słowa odnieść również do Nowego. I można by stwierdzić – również za „Katechizmem” – że kwestia dosłownego czy przenośnego rozumienia tego rodzaju szczegółów nie jest najistotniejsza. Bo przecież ostatecznie nie o to chodzi, ale o Boga, który zabiega o ludzkie serce.
I jeszcze oryginalne i śmiałe jak zwykle myśli na ten temat ojca Wacława Oszajcy w „Tygodniku Powszechnym”. „Jezusowe wstąpienie do nieba do nieba nie oznacza odejścia poza horyzont kosmosu, jeśli taki istnieje, ale wstąpienie w Kościół, w rzeczywistość materialną. (…). Od chwili poczęcia Jezusa przez Maryję nie można już przeciwstawiać naturalnego nadnaturalnemu, ziemi nieb u, ciała duszy, doczesności wieczności, nie można uważać, że Syn Boży tylko chleb i wino przemienia w swoje ciało i krew, czyli w siebie.
Jezus w siebie przemienia również Kościół. Stąd dla chrześcijanina istnieje tylko jedno sacrum: Bóg, który – mówiąc obrazowo – wypełnia sobą wszystko. Dla Boga kosmos jest najprawdziwszym tabernakulum. I tak wcielenie dopełnia się we wniebowstąpieniu.”Na koniec takie dwie myśli. Co do dalszej obecności Chrystusa na „tym świecie”, szczególnie w Kościele, to jest On tam rzeczywiście obecny, rzecz jasna, przede wszystkim w Duchu Świętym, którego nam zesłał, co też będziemy wspominać za tydzień. No i jak przyjdzie na końcu czasów, to owszem, jak dziś też przeczytaliśmy w Dziejach Apostolskich, będzie to tak, jak do nieba wstępował, co jednak nie znaczy naturalnie, że stamtąd niby jak jakiś ptak sfrunie. Amen. 
Dołączam tradycyjnie felieton Jonasza. Prymas trochę jak papież.
500 lat tego urzędu kościelnego. I państwowego, a jakże: prymas był przecież kiedyś interreksem, podczas bezkrólewia jakby monarchą. Potem przyszła PRL i nie było już szlachty, ale i rzeczywistej demokracji, wtedy królem był raczej prymas niż pierwszy sekretarz. W końcu i to minęło, co więcej, nie ma już personalnej unii Gniezna z Poznaniem ani Warszawą. Teraz arcybiskup gnieźnieński jest wyłącznie gnieźnieńskim metropolitą. Jeśli nawet należy z urzędu do episkopalnej rady stałej, to nie przewodniczy jej z urzędu. Liczy się wyłącznie splendor historii.
Moim zdaniem jednak ważna jest sama osoba Wojciecha Polaka. Jego poglądy własne. W Episkopacie Polski na pewno nie powszechne, w narodzie polskim jeszcze mniej. Samo nazwisko arcynarodowe to jeszcze nie wszystko. W internecie przeczytać było można, że to pseudo-Polak, lewak, prymasina, że to nie chrześcijaństwo, ale proislamska, antypolska sekta, że jest mułłą, a nie księdzem katolickim. Prymas się chyba temu nie dziwi, bo najpierw w ”Tygodniku Powszechnym” w roku 2017 wypowiedział się jednoznacznie za przyjmowaniem uchodźców, a teraz w książkowej rozmowie z Markiem Zającem (Znak) mówi bardzo brzydko o nacjonalizmie. Ot tak: „To jest nasz, jako Kościoła, grzech zaniedbania. Nie mamy ludzi, którzy byliby gotowi iść, stanąć przed nacjonalistami i odważnie zmierzyć się z wyzwaniem. Nie tak, jak niektórzy ich obecni duchowni, którzy często – mówię to powiedzieć szczerze, z wielkim bólem – tylko przyklaskują herezji”. Znalazł się inkwizytor, powiedziałby nacjonalista, alem ducha wręcz przeciwnego i prymasa Polaka chwalę za jego polskość dobrze rozumianą.
Po drugie za potraktowanie sprawy księży pedofilów. Też padają słowa mocne. Może mogłyby być mocniejsze, wyraźniejsze o odpowiedzialności kościelnych instytucji za czyny konkretnych duchownych, ale ja stosuję zasadę: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A ja tego hierarchę bardzo lubię i cenię. Kolega redakcyjny Krzysztof Varga nie podziela mojego gustu (patrz „Duży Format” z 7 bm), ale on już w ogóle taki: kogoś ze zgoła niekościelnej półki za przedstawienie pt. „Klątwa” zwyczajnie zmieszał z błotem. Nie jest prymas nowatorem radykalnym, przede wszystkim w sprawach zwanych doktrynalnymi, antykoncepcji, homoseksualizmu, co więcej, krytykowania innych hierarchów nie lubi, nawet gdy chodzi o bezfioletowego arcybiskupa z Torunia. No cóż, jest biskupem Gniezna, nie Rzymu, tamtemu wolno przecież nieporównanie więcej. Upolitycznienia Kościoła w Polsce też prymas jakby nie dostrzega. Natomiast papieża Franciszka, również w obchodzeniu się z tradycyjną doktryną bardzo uważającego, przypomina w tym, co zgrabnie wyraża książki tytuł: „Kościół katoludzki”. Realne współczucie wobec ludzi po prostu. Szczególnie wobec ofiar ksenofobii, pedofilii, katolików skrzywdzonych przez spowiednika także.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s