Tomasz, apostoł wierny. Więźnia Komendy droga zaprawdę krzyżowa. Franciszek, kowadło i młot

Ewangelia Jana 20,19-31
I znowu wnet po niedzieli Zmartwychwstania, perykopa o dwóch, mówiąc z grecka, chrystofaniach. Jezus ukazuje się najpierw dziesięciu apostołom, bo oczywiście bez Judasza, ale i bez Tomasza. Gdy mu powiedzieli potem, że Go widzieli, wypowiedział słowa, które mogą być rozumiane niemal jako manifest osobistego „empiriokrytycyzmu”: nie można dawać wiary opowieściom o zjawiskach niezwykłych, jeśli się ich nie sprawdzi własnym zmysłami, wzrokiem i dotykiem. Potem już jest na spotkaniu z Mistrzem
także ten sceptyk i Chrystus wzywa go do owej weryfikacji, ale Tomaszowi wystarczają już oczy, wyznaje: „Pan mój i Bóg mój”. Na co padają słowa o błogosławionych, którzy nie widzieli, a uwierzyli.
Komentarz mój będzie tutaj taki: po pierwsze, Tomasz niewierny, jak się go nazywa krzywdząco, zgoła nie był, gotów był z Jezusem umrzeć (J,11-16). Termin grecki można tłumaczyć jako „błogosławieni” albo też jednak „szczęśliwi”. Druga wersja tu bardziej mi pasuje: dla mnie ci „empiriokrytycy” to ludzie, którzy czegoś ważnego od Stwórcy nie otrzymali. To się nazywa po teologicznemu „łaska wiary”. Nie mógł jednak na pewno Chrystus ukazać się wtedy na przykład Kajfaszowi i Piłatowi, nie tylko swoim wybrańcom, chociaż potem licznym, bo aż pięciuset (1 Kor 15,6)? Czemu tego świętego daru jakoś dziwnie skąpi? Problem jest oczywiście przepastny, tłumaczony już przez tysiąc lat i tyluż teologów, na przykład tak, jak zrobił to wielki Yves Congar, że ci niektórzy zobaczyli Go po prostu oczami wiary właśnie, ale ja napiszę tu tylko o tym, co sam zobaczyłem w telewizorze. W Wielki Piątek Drogę Krzyżową w rzymskim Koloseum, a w sobotę w opowieści człowieka, który przesiedział się niewinnie w więzieniu jako potworny morderca 18 lat. Skojarzyło to mi się teraz, bo na pytanie dziennikarza, czy jest wierzący, Komenda odpowiedział, że niestety nie. Acz, jak zrozumiałem, pomoc w tej potwornej niedoli zawdzięcza papieżowi Janowi Pawłowi II, chyba raczej jakoś „pozazmysłowo”: chce pojechać na jego grób.
Dołączam coś o człowieku, któremu dana jest wiara radykalna, papieżu Franciszku, czyli tekst, który przeznaczyłem do „Magazynu Świątecznego”.
Głośne myślenie
Franciszek, kowadło i młot
Jonasz
Papież na ustach wszystkich. Zaprawdę arcycelebryta. Książkowe wywiady jeden po drugim, tłumaczone także grzecznie u nas. Po tamtej głośnej rozmowie Dominique’a Woltona dwie śliczne Znakowe książeczki: „Ojcze nasz” i „Bóg jest młody”. W pierwszej pytał Franciszka kapelan więzienny, Marco Pozza, w drugiej też Włoch, dziennikarz Thomas Leoncini. Niektóre odpowiedzi były trochę do przewidzenia. Bóg jest ojcem najdobrotliwszym, tatusiem po prostu, potężnym w swej bezradności, żebrakiem proszącym o uwagę. Obok różnych wykluczanych Franciszek broni także młodych, dla których brak miejsca w dzisiejszych społeczeństwach.
Wracam do papieskiej popularności: może jak na człowieka wzywającego do pokory ten za bardzo dba o rozgłos? Na pewno chce być słyszany, pewnie ma trochę egocentrycznych ambicji, przede wszystkim jednak zrozumiałe poczucie swej nauczycielskiej roli. A wywiadowcy cisną, bo liczą na arcynowatorstwo i na ogół nie czują się zawiedzeni. Co prawda, przeciwstawianie Franciszka Janowi Pawłowi II jako po prostu konserwatyście wynika z braku pamięci: ile tamten papież zrobił choćby dla dialogu z judaizmem, nie mówiąc o islamie, o innych chrześcijanach. Niemniej Franciszek pędzi dalej.
Owszem, aborcję potępia bardzo mocno bez zmian, owszem, nie zauważa, że antykoncepcja jest dziwnie podobna do tak zwanych metod naturalnych. Polecam tutaj bardzo cenny artykuł Andrzeja Paszewskiego w magazynie „Plus Minus” z 10-11 marca, przedstawiający kościelną historię tej kwestii moralnej. A co do aborcji, to jest duszpastersko istotne, że pozwolił Franciszek wszystkim księżom na rozgrzeszanie z niej, nie tylko specjalnym „penitencjarzom”. Co do prezerwatywy, to bardzo ostrożnie dopuścił jej stosowanie, gdy grozi AIDS, co jednak zrobił już Benedykt XVI. W sprawach uważanych za doktrynalne, czyli niepodlegające ewolucji, Franciszek bardzo uważa, nie tylko z przyczyn taktycznych, naprawdę tak myśli. Zarazem jednak jest naprawdę duszpasterzem, czyli zajmuje się nie tylko zasadami, także samym konkretnym człowiekiem, jego winą albo jednak niewinnością subiektywną. Tak jest ze stosunkiem do „rozwodników”, którym w „Amoris laetitia” otwiera furtkę do sakramentu komunii, co jest doktrynalną nowością ogromną. I z tego nie wycofuje się ani o kroczek, chociaż w ten sposób podzielił nieźle Kościół. Nie mówi ludziom, że nie grzeszą, ale powstrzymuje ich kamienowanie, za przykładem wiadomo czyim. No i wobec rygorystów obrzydliwych jest jak Chrystus bezlitosny: porównałem go z Lutrem, ale jeszcze bardziej przypomina mi ewangelijnego krytyka faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Tacy prorocy podpadają jednak nieraz bardziej niż nowatorzy teoretyczni.
Jest Franciszek z Argentyny między młotem tych, co narzekają, że nic realnie nie zmienia, a kowadłem kościelnego betonu. Tylko Bóg wie, co będzie w moim Kościele dalej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s