Abramem cokolwiek być. Arcybiskup prawosławny Jeremiasz

Księga Rodzaju 12,1-9
„Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej.”
Perykopa owa komentowana jest słusznie jako wezwanie do wszelkiego niezasiedzenia. „Ojciec wielu” (tę wielkość rodu imię patriarchy rozszerzone z czasem jako „Abraham” po hebrajsku oznacza) miał wtedy według tekstu 75 lat. Naprawdę to byłoby bardzo dużo, żyliśmy wówczas o wiele krócej, dlatego może Biblia opowiada o różnych Matuzalemach nawet jak na nasze czasy okropnie długowiecznych, bo było to tym bardziej marzeniem każdego. Dzisiaj nie jest? Medyczne przedłużanie życia wydłuża starość wraz z licznymi jej kłopotami, więc niektórzy woleliby z nimi radykalnie skończyć. Ale zarazem rozwija się ruch hospicyjny, oparty moralnie na założeniu, że trzeba bliźnich zatrzymywać na tym świecie po prostu wielką dobrocią.
Rozpisałem się na temat boczny, wracam jednak do Abrahamowego przykładu ruchliwości. Łatwo mu było, bo był koczownikiem, powiedzieć słusznie można, ale tu chodzi o niezasiedzenie myślowe, coś, co grozi każdemu człowiekowi i wspólnocie każdej. „Zejdź z kanapy” – słowa Franciszka do młodych, ale niektórzy starsi mebel ten kochają o wiele czulej. Franciszek jednak również tę miłość widzi doskonale i odczuwa na własnej skórze, gdy mu kościelna konserwa adhortację o miłości na różne sposoby kontestuje.

Dołączam moje wspomnienie o prawosławnym bibliście, ekumeniście, napisane dla „Buntu Młodych Duchem”.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Świętej pamięci arcybiskup Jeremiasz 1943-2017
Ekscelencja kelner znakomity
Próbuję sobie przypomnieć różne spotkania z nim. Pierwsze było chyba w KIK-u, wtedy na Kopernika. Chyba w gronie niewielkim, tamtejszej czytelni, zapamiętałem, że zeszło tam na ówczesnego patriarchę moskiewskiego Pimena. Krytykowaliśmy go za nadmierną uległość władzy komunistycznej, ale ówczesny świecki teolog prawosławny dr Jan Anchimiuk zgłosił nieśmiało swoje „votum separatum”: – Ja bym go jednak bronił. Nie pamiętam dalszego ciągu dyskusji, teraz myślę sobie, że za tym głosem stały skłonności myślowe, które kazały późniejszemu biskupowi Jeremiaszowi wziąć udział w posiedzeniu hierarchów innych wyznań, akceptujących polski stan wojenny. Nie wziął w tym zebraniu udziału biskup prawosławny przemysko-nowosądecki Adam, z którym potem albo i już wtedy władyka wrocławsko-szczeciński Jeremiasz bardzo się przyjaźnił. Wydawało mi się, że był Adam dla młodszego od niego znacznie Jeremiasza dużym autorytetem. 

Najczęściej u arcybiskupa w Cieplicach
Następnych spotkań z wtedy jeszcze świeckim Jankiem Anchimiukiem nie pamiętam, choć musiało być przynajmniej jedno: to, na którym zaproponowałem mu uczestnictwo w ekumenicznym zespole tłumaczy Nowego Testamentu. Mieli być tam trzej bibliści z trzech rodzin wyznaniowych: ksiądz Michał Czajkowski, arcybiskup Jeremiasz, pastor Mieczysław Kwiecień oraz ja jako sekretarz organizacyjny przedsięwzięcia i facet nieco bieglejszy w sprawach polonistycznych.
Nasza praca zaczęła się na daczy, którą moja żona Biruta wybudowała we wsi Górki koło Osiecka, zaczęliśmy jednak niestety bez naszego prawosławnego kolegi. Został właśnie mnichem w klasztorze w Jabłecznej i miał wnet zostać biskupem. Mnisi stan jest w Cerkwiach warunkiem pełnienia hierarchicznego urzędu. Już jako biskup spotkał się z nami najpierw w Miłkowie koło Karpacza, czyli pod Jelenią Górą, w klasztorze tamtejszym sióstr elżbietanek. Na owych zakonnicach Władyka zrobił wrażenie jak najlepsze. Jedna z nich powiedziała nawet: – Tylko szkoda, że on nie nasz. Nie pamiętam, co wtedy jej odpowiedziałem, teraz odpowiedziałbym, że nie szkoda, tylko dobrze, bo chrześcijaństwo powinno być wielokształtne, byleby pojednane, natomiast szkoda, że nie wszyscy biskupi wszystkich wyzwań są tacy. Po Górkach i Miłkowie przyszła kolej na równie podjeleniogórskie Cieplice. Otóż Jeremiasz wybudował tam dom wypoczynkowy dla swojej diecezji i zaproponował go jako kolejne miejsce naszych prac przekładowych. Co do mnie, przystałem na to z entuzjazmem, bo to przecież moje miasteczko rodzinne, tam, potem obok w Sobieszowie spędziłem pierwszą młodość aż do matury. W tychże Cieplicach przetłumaczyliśmy z władyką większość ksiąg Biblii chrześcijańskiej. Tu trochę o jego walorach „w tym temacie”. 

U początku jest Słowo
Otóż grekę biblijną znał Jeremiasz znakomicie. Oraz twórczo: miał ciekawe translatorskie pomysły. Przede wszystkim jego był ten, żeby początkowe wersy prologu do Ewangelii według św. Jana przetłumaczyć podobnie, jak to zrobił Roman Brandstaetter, czyli w czasie teraźniejszym. Nie zgodnie z translatorską tradycją: „Na początku było Słowo”, ale „jest Słowo”, bo przecież było zawsze, w ogóle poza czasem: nie chodzi tu o chronologię, ale o ontologię – Logos jest u podstaw wszelkiego bytu stworzonego. A już całkiem własnym pomysłem Jeremiasza było tłumaczenie „u początku”, nie „na początku” oraz „Słowo jest ku Bogu” nie „u Boga”, jak na ikonie „Trójca” Rublowa, gdzie dwie jej osoby zwrócone są ku trzeciej.
Pamiętam, że na początku kłóciłem się z władyką o imiesłowy przysłówkowe, szczególnie te czasu przeszłego kończące się na „szy”. Czy można je stosować w tłumaczeniu, choć brzmią bardzo regionalnie, to przecież polszczyzna „Wilniuków”. Wnet jednak wycofałem się, bo doszedłem do wniosku, że to też polszczyzna, czemu nie. Jeremiasz był w ogóle za tłumaczeniem dosłownym, ale nie oznaczało to bynajmniej jego niechęci do translatorskich nowości, które w zasadzie robiliśmy wszyscy, nie tylko Michał Czajkowski, miłośnik ich największy. Był nim tylko początkowo jednak: pracowaliśmy przecież wspólnie bite trzydzieści lat, z czasem gusta nam się zmieniały. Moją chyba propozycję, by tradycyjnego Szczepana zastąpić bliższym oryginałowi Stefanem, przyjął oczywiście władyka, w bliskich mu językach, cerkiewno-słowiańskim, rosyjskim, rodzinnym białoruskim (pochodził z Podlasia), nie brzmi wcale swojsko tamto imię spolonizowane. Otóż przegłosowanym przez nas trzech twardym obrońcą Szczepana okazał się nagle Michał. A Jeremiasz zgodził się bez trudu na pomysł Michałowy z kolei, by Ewangelia Mateusza, a więc i cały Nowy Testament rozpoczynał się jakby starotestamentalnie (bo greka do tego uprawnia): „Księga rodzaju Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama”. Jak też, żebyśmy w Janowym prologu sięgnęli do oryginału bardzo głęboko i nie napisali o Słowie, że „zamieszkało między nami”, ale dosłownie: „rozbiło namiot wśród nas”. Pewnie to echo życia koczowniczego i metafora przepiękna!  

Ekumenista zaprawdę wrodzony
Bo w ogóle był nasz współtłumacz człowiekiem bardzo zgodliwym. Nic dziwnego, że wiele lat pełnił urzędy prezesa Polskiej Rady Ekumenicznej oraz rektora wielowyznaniowej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Był ekumenistą, by tak rzec, wrodzonym. Siedziało to w nim jakoś bardzo głęboko. Na dowód tego przypomnę wydarzenie już przeze mnie wszędzie rozgłaszane, ale trudno go tu nie przypomnieć. Otóż powiedziała mi znana ekumenistka rzymskokatolicka Danuta Baszkowska, że arcybiskup został bardzo niegrzecznie potraktowany przez kleryka z tegoż Kościoła właśnie przed nabożeństwem ekumenicznym. Gdy jednak nawiązałem do tego w najbliższej rozmowie z samym władyką, oświadczył zdecydowanie, że to pomyłka, że jeżeli ktoś był wtedy winien, to on, nie tamten kleryk. Zatem zapytałem potem Danusię, czy nie przesadziła. Powiedziała, że nie, ale również to, że arcybiskup błaga, by tego nie rozgłaszać. Ja jednak bywam nieposłuszny nie tylko wobec moich hierarchów. Do tego, żeby być pojednawcą skutecznym, trzeba nie tylko pokory, zauważania źdźbła raczej w oku swoim, niż cudzym. Także mocnej niechęci do wywoływania konfliktów. Jeremiasz był dyplomatą w znaczeniu tego słowa najlepszym, duchowym. Co nie znaczy, że nie widział błędu po drugiej, w tym przypadku katolickiej stronie. Przyjaciel mój Grzegorz Polak przypomniał w „Przeglądzie Prawosławnym” rozmowę sprzed 35 laty. Wtedy jeszcze świecki teolog powiedział Grzesiowi o zmarnowanej w Polsce ekumenicznej szansie, jaką stworzył list Jana Pawła II z okazji 1500. rocznicy Soboru Nicejsko-Konstantynopolskiego. Były w tym dokumencie słowa o Duchu Świętym, który pochodzi tylko od Ojca, ale tłumacz na polski poprawił papieża i napisał sobie: „który od Ojca i Syna pochodzi”. Chodziło o tak zwany problem filioque: prawosławnych od katolików dzieli formuła wyznania wiary: w tekście mszalnym dodajemy „i Syna”, choć właściwie to nie musimy, bo dla nas ortodoksyjne w istocie są obie wersje. Wierzymy bowiem, że, owszem, Duch pochodzi od Ojca i od Syna, ale od każdego z nich inaczej: od Ojca jako źródła wszelkiego bytu i Syna jako tego, który Ducha Świętego „tchnie”. A formuła filioque nie jest pierwotną, ale została dodana apodyktycznie w średniowieczu na chrześcijańskim Zachodzie, co Wschód oburzyło bardzo.
Po co obecnie oburzać dalej? Po co utrwalać mury, które już zaczęto burzyć?

Polski folwark zwierzęcy
Janek Anchimiuk ma do pojednania swoją własną drogę nieprostą. Wspomniał mi raz, że gdy wracał kiedyś rozradowany z nabożeństwa ekumenicznego, jakiś Polak uderzył go w twarz. No bo przecież on ruski pop, nie żaden brat w jednym Chrystusie. Nie tylko odłączony, ale i podłączony, bo przecież oni tacy wszyscy, wysługują się komunistom zamiast bronić się przed nimi razem z naszym Kościołem rzymskokatolickim. Owszem, po tamtej stronie bywało czasem niepięknie, niesolidarnie, nielojalnie, owszem, ale z kolei po naszej królowała pogarda wobec innych chrześcijan Kościoła o tyle w Polsce większego oraz faktyczny brak braterskiej troski o nich. Przypomina tu mi się znakomita bajka ewangelicko-reformowanego księdza Bogdana Trandy, tłumacząca zachowania innych Kościołów za „komuny”: o ogromnym słoniu, malutkich myszkach oraz wielkiej kłodzie, która niesiona przez wodę jej wartkim prądem wali we wszystko po drodze. Słonia tylko trochę zaboli, dla myszek to śmierć, a ten zoologiczny olbrzym nie kwapi się zaprosić owe zwierzątka na swoje bezpieczne cielsko. Takie to były czasy, władyka doczekał na szczęście lepszych, folwarku zwierzęcego już całkiem innego. Serdeczność, współczucie, skromność Przyjaźnie międzywyznaniowe to rzecz szczególnie piękna. Nasz współtłumacz przeżywał je bardzo. Grześ Polak napisał w swoim tekście serdecznym, że jego kolega z Katolickiej Agencji Informacyjnej po śmierci siostry Joanny Lossow, wielkiej promotorki pojednania, zatelefonował do władyki z prośbą o wspomnienie. „Po drugiej stronie słuchawki zapadła długa cisza. Wreszcie dziennikarz usłyszał szloch: to prawosławny hierarcha opłakiwał katolicką zakonnicę”.
Spotykaliśmy się także w naszym warszawskim mieszkaniu, po naszej pracy Biruta karmiła nas dobrą kolacją. Trzeba było ze stołu zabrać książki, położyć talerze, sztućce i tp.: najbardziej ochoczy w tym działaniu był arcybiskup, prezes i rektor, ekscelencja, magnificencja…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s