„Baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli”. Jak czytać Pismo Święte?

1 Księga Królewska 19,16b.19-21
Psalm 16,1b-2a.5.7-11
List do Galatów 5,1.13-18
Ewangelia Łukasza 9,51-62.
Z dzisiejszych tekstów wybrałem w tytule wpisu napomnienie Pawłowe barwnie dosadne, które w całości brzmi: „Bo całe Prawo wypełnia się w tym, jednym nakazie: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego» . A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli.” Jest to reguła moralna uniwersalna, można się jej doszukać w niemal każdym tekście Biblii. Także w urywku Ewangelii Łukasza, w którym „synowie gromu”, Jakub i Jan, pytają Jezusa, czy mogą ukarać piorunem z nieba wieś samarytańską, która nie chciała ugościć Go, bo zmierzał do odrzucanego przez nich Jeruzalem. On ich za to z kolei zgromił oczywiście.
Ale więzi tematycznej między tekstem starotestamentalnym i Ewangelią trzeba szukać raczej w podobieństwie dwóch powołań: Elizeusza na następcę Eliasza oraz jakichś dwóch uczniów którym Jezus powiedział kolejno: „Pójdź za mną”. Żaden z nich nie odmawia, choć proszą o trochę czasu. Gdybyśmy byli pedantami, akcentowalibyśmy różnicę w reakcji powołujących. Eliasz powiada: „Idź i wracaj”, Jezus odmawia obydwu uczniom, nawet i temu, który tłumaczy się pogrzebem ojca (po szczegóły odsyłam do tekstu). Czyżby lekceważył miłość do rodziców? Oczywiście nie, Łukasz również: chodzi tu tylko o niezwlekanie z ogłoszeniem Ewangelii. Zadanie to wszystkich chrześcijan, podobnie jak w Starym Przymierzu było w ogóle chodzenie drogą Bożą. W psalmie czytamy:
„Ty ścieżkę mi życia ukażesz,
pełnię radości przy Tobie
i wieczne szczęście
po Twojej prawicy.”
Szczęście jednak to wieczne, czyli tamto za grobem, przed nim doczesnych trosk legion. Nie traćmy pośród nich ducha, o pomoc do Ducha się modląc.

Dołączam w całości coś, co napisałem do dwumiesięcznika „Bunt Młodych Duchem”, a co pasuje tu bardzo.
Notatnik zwariowanego ekumenisty
Jezus nie był bezczelnym smarkaczem!
O CO CHODZI W PIŚMIE ŚWIĘTYM?
Obiecałem już dawno, że napiszę tutaj trochę, jak rozumieć Biblię. Słyszę bowiem od ludzi pobożnych różnych wyznań, że lekarstwem duchowym na prawie wszystko jest jej lektura, a przecież to nie takie proste. Pobożny, bynajmniej nie hiperkrytyczny, ale uważny czytelnik (i czytelniczka!) może mieć z tym duże trudności.
Odejdę tym tematem od samej sprawy jedności chrześcijan, której jest poświęcony ten notatnik, ale dla wielu czytelników „Buntu” to kwestia równie ważna, jeśli nie ważniejsza praktycznie. W końcu innych chrześcijan u nas niestety malutko, prawosławnego czy protestanta (ewangelika) trudno spotkać. Biblii też można nie spotkać, nie otwierać, ale dotrzeć do niej o wiele łatwiej. A rzecz w tym, że wiara bez wiedzy jednak kuleje. Wiedzy o Piśmie Świętym, jak ją rozumieć, literalnie, dosłownie, czy jednak inaczej.
Nie aż tak zwana demitologizacja, ale…
W tym „inaczej” niektórzy luterańscy teologowie poszli bardzo daleko. Jeden z nich, Rudolf Bultmann (1884-1976), rzucił hasło „demitologizacji”, czyli odrzucenia wszystkiego, co nazwał mitami, a więc dużą część opowiadań biblijnych. Głosił, że chodzi przede wszystkim o wiarę, a nie o akceptację jakiejś doktryny. O zaufanie Jezusowi i pójście Jego drogą duchową. Następni uczeni z tego środowiska byli już mniej radykalni, dogadują się dzisiaj z katolickimi, bo też zresztą nasi pod ich wpływem zrobili się bardziej krytyczni. Tak zwane Magisterium, czyli nasze władze kościelne, są oczywiście ostrożniejsze, hamują nowatorskie zapały, ale dokonała się również w naszym Kościele bardzo duża zmiana.
Rzecz w tym, że bywają w Biblii informacje ze sobą niezgodne. Nie tylko w Starym Testamencie, gdzie na przykład Księgi Kronik oświetlają pewne sprawy inaczej niż Królewskie. Ewangelie różnią się od siebie! Oczywiste jest, że trzy pierwsze (tak zwane synoptyczne) podają inny materiał informacyjny niż czwarta. Ewangelia Jana jest napisana tak, jakby jej autor znał teksty swoich poprzedników i nie chciał ich powtarzać. Jest to zupełnie zrozumiałe, ale na tym nie koniec. W ogóle każdy z czterech autorów pisał po swojemu. Każdy miał na oku ludzi innej narodowości: Mateusz Żydów, Marek Rzymian, Łukasz Greków, Jan myślał także o Samarytanach, z którymi zapewne miał jakiś kontakt (stąd opowieść o Samarytance spotkanej przy studni). Każdy poza tym był po prostu sobą, jak to jest zawsze z piszącymi. Ale – tu napiszę rzecz najważniejszą – każdy z ewangelistów jest sobą nie tylko w swoim stylu (styl to człowiek): także w swojej teologii!
Cztery różne ewangelie
Tak, mają oni swoją własną koncepcję teologiczną. To nie znaczy naturalnie, że każdy ma inną doktrynę. Słowo to w ogóle do Biblii nie bardzo pasuje, trzeba mówić raczej o podstawowym religijnym przesłaniu, a ono u nich wszystkich jest jedno i to samo. Jest to Ewangelia, czyli Dobra Nowina! Ta – przypomnę dawną formułę katechizmową – że Syn Boży zstąpił z nieba i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. No i jeszcze zaznaczę tamto, iż był Żydem (nie Polakiem), skąd głęboka jedność obu części Biblii. W tych jednak ramach każdy z ewangelistów przedstawia sprawę nieco inaczej. Mateusz, jak na dobrego Żyda przystało, swego ludu za bardzo nie lubi. No, może tylko jego ówczesnych przywódców. Otóż tylko on opowiada, że hołd złożyli Dzieciątku pogańscy mędrcy z daleka, nie monarcha Herod, i informuje, że wiadomością z Betlejem przeraziła się wraz z nim cała Jerozolima, oczywiście raczej jej żydowskie szczyty. Marek akcentuje synostwo Boże Jezusa, Łukasz Jego miłosierdzie, szczególnie wobec biedaków, Jan – dobitnie Jego boskość.
Podobne akcenty nie różnią w zasadzie, ale zauważmy na przykład, że Jan pisze sporo o swoim imienniku zwanym (nie w Biblii) Chrzcicielem, ale ani słowa o tym, że Jezus kazał mu Go ochrzcić: niektórzy bibliści widzą w tym niechęć opowiedzenia o tym, co mogło niechcący osłabić przesłanie o Jego boskości.
Tendencyjność w Piśmie Świętym?
Termin ten używany jest jako zarzut, jednak nie w moich ustach. Przede wszystkim dlatego, że ówczesne pisarstwo zawsze było jakoś tendencyjne. Nie przychodziło nikomu do głowy, żeby napisać pracę naukową w sensie dzisiejszym, jakąś biografię albo dzieło historyczne. Dziejopisarstwo kwitło, ale nigdy bez jakiejś tezy, swoistego morału. Tutaj jeszcze co do opowieści o magach ze Wschodu: wielu biblistów powątpiewa w historyczność jej w sensie dzisiejszym: że taki fakt miał rzeczywiście miejsce. Oczywiście inni jej historyczności bronią, a błyszczy ona wspaniale, bardzo ważną naukę niesie, że nie zawsze pod latarnią najjaśniej.
Napisałem tu wcześniej, że bywają w tekstach biblijnych informacje wzajemnie niezgodne. Przykład widać w tejże perykopie (jednostce narracyjnej). Powiada na jej końcu Mateusz, że zamieszkali w mieście Nazaret, ani słowa o tym, że stamtąd pochodzą i stamtąd właśnie przyjechali, o czym natomiast wiemy od Łukasza. Tak zwany fundamentalizm biblijny, głoszony dotąd przez niektórych katolików myślących tradycyjnie, szczególnie zaś przez licznych ewangelików z tak zwanej drugiej reformacji (baptystów, zielonoświątkowców), z tego względu nie wytrzymuje krytyki. Trudno twierdzić, że prawdziwe są dwa zdania przeciwne, widać jednak zapewne można.
Biblia nie jest zbiorem relacji jakoś historycznych także w tym sensie, że niektóre w ogóle nie były pisane z taką ambicją. Albowiem odkryto z czasem, że gatunków literackich jest w Księdze wiele. Są oczywiście listy, jest poezja, może nawet dramat (Księga Hioba) – i nowele. Na przykład opowieść o człowieku, którego połknęła wielka ryba: toż to zapewne właśnie nowela, czyli niewielki utwór literacki, biblijna beletrystyka. A pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju to rodzaj hymnu, nie zapiski któregoś anioła. Rozdziały następne też oczywiście reportażem historycznym nie są: autorzy ich nie korzystali z żadnych dokumentów, w których opowiedziano na przykład o Kainie i Ablu (tu szkolna zagadka: jak się kończy rymowanka „Była sobie wieża Babel, a Kaina zabił…). Ten, co tamtą opowieść ułożył, korzystał po prostu ze swojej znajomości niepięknej ludzkiej natury.
A moralność, etyka?
Najpierw pytanie, czy Pismo Święte może czytelników zgorszyć. Zdarza się, że nie tyle czyni ich mniej moralnymi, ile Boga pokazuje jako wręcz nieetycznego. Kiedy na przykład w Księdze Jozuego każe On swemu ludowi wybijać co do nogi, wraz z kobietami i dziećmi, wszystkich jego przeciwników w walce o Ziemię Obiecaną. Tutaj oczywiście nie On sam jest antywzorem, tylko niektórzy autorzy dzieła, wkładający Mu w usta własne bardzo prymitywne duchowo poglądy. Widać to także na przykład w psalmach zwanych zwyczajnie złorzeczącymi, albowiem demonstrują najdzikszą nienawiść do bliźnich swoich. Jest to niepojęte, jeśli czytamy Pismo fundamentalistycznie właśnie, zakładając, że każde zdanie w nim jest prawdziwe i ma nas moralnie budować. Że każde tam słowo wyszło spod ludzkiego pióra, ale podyktowane zostało przez Świętego Ducha. A przecież tak wcale nie jest. Mówiąc językiem pisarstwa dzisiejszego, które termin „dialog” uwielbia, Biblia to ogromna antologia tekstów przeróżnych, we wszystkich jednak obrazująca właśnie dialog człowieka z jego Stwórcą i Panem. Człowieka oczywiście grzesznego.
Jezus nieskory do skruchy?
Ale zagadek moralnych nie koniec. Było o Ewangelii Mateusza, teraz o Łukaszowej. Święta Rodzina udaje się do Jerozolimy, a tam przygoda: dwunastoletni Jezus jakoś się rodzicom gubi. Nie trzymają Go oczywiście cały czas za rączkę, nawet dzisiaj chłopiec nie zniósłby takiej kurateli, a cóż dopiero w czasach szybszego dojrzewania. Maria i Józef mieli Go słusznie za prawie dorosłego, nie pilnowali bez przerwy, może poza tym zagadali się z przyjaciółmi w drodze powrotnej, w każdym razie zauważyli Jego nieobecność w tej gromadzie dopiero, kiedy przeszli dzień drogi. Wrócili wtedy do miasta i szukali Go tam aż dni trzy. Gdy znaleźli wreszcie w Świątyni, gdzie zadziwiał uczonych w Piśmie jego znajomością, Maria użaliła się pytając, czemu naraził ich na takie zdenerwowanie. A On odpowiedział butnie, zdziwiony, że Go szukali: nie wiedzieli, że powinien być w sprawach Jego Ojca? Otóż komentarz zwykłego czytelnika, który mi się nasuwa, jest taki, iż jednak mógł zawiadomić, że się odłącza, a On całą winę zrzucił na nich. Gdyby choć jednym słówkiem przeprosił, dziwiąc się najwyżej, że tak długo nie zauważyli Jego braku. Otóż w tym rzecz, iż Łukasz nie napisał o Nim reportażu historycznego ani powieści psychologicznej, tylko ewangelię! Powiedział zatem w perykopie, którą usiłuję wyjaśnić, że Jezus nie był rozumiany w pełni nawet przez swoich rodziców, którzy przecież wiedzieli od początku, że nie jest zwyczajnym człowiekiem. Interpretuję tekst biblijny w ten sposób pouczony przez mego przyjaciela, biblistę znakomitego, ks. Michała Czajkowskiego, autora licznych tekstów tłumaczących, jak rozumieć Pismo Święte. Otóż wytłumaczył mi nie tylko to, że ewangeliści nie napisali biografii, ale też, że Duch Święty nie zajmował się redagowaniem tego, co w ogóle napisali. A jacyś nieznani nam redaktorzy, szczególnie właśnie w przypadku Ewangelii Łukasza, postępowali dość swobodnie. Na przykład dopisywali do tekstu inne wypowiedzi Jezusa, które mieli „na składzie”, bez szczególnej troski o to, czy do kontekstu pasują. Chodziło im o to raczej, żeby materiał informacyjny był najbogatszy, a niekoniecznie spoisty.
Biblijnych autorów psychologia
Ksiądz Michał w książce swojej pod tytułem „I ty zrozumiesz Pismo Święte” napisał między innymi tak: „Autor ludzki wcale nie musiał być świadom faktu, że jest obdarzony charyzmatem natchnienia. Nikt nie siadał do pisania z tym przekonaniem, że oto tworzy Pismo Święte”. Dodam od siebie, że nie przypuszczał, iż będzie czytany tyle wieków, przez tylu ludzi bardzo się odeń różniących. Nie miał też takiego poczucia urzędowej odpowiedzialności, jak późniejsi przywódcy Kościoła, jak niektórzy papieże cyzelujący swoje teksty (nie Franciszek, duszpasterz bardzo spontaniczny). Czajkowski tłumaczy dalej: „Zresztą większość ksiąg powstała okazyjnie, z konkretnych potrzeb. Taki np. człowiek czynu, jak św. Paweł, jeśli brał do ręki pióro (lub dyktował list), to tylko dlatego, że potrzebna była jego dotychczasowa interwencja w którymś z jego Kościołów”.
Nie dość powtarzać, że Pismo Święte ma dwóch autorów: Boga i człowieka. Tego drugiego nie trudno zobaczyć, jeśli tylko dopuszcza się myśl, że może się czasem pomylić. Tego pierwszego widzieli i widzą ci wszyscy, którzy od tylu wieków znajdują w Piśmie Świętym drogowskaz, pokrzepienie, nadzieję. Od Pana i Boga samego.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s