Niebo zupełnie nie tam. Zamiast atakować PiS nie rozgrzeszać!

Dzieje Apostolskie 1,1-11, Psalm 47,6, List do Hebrajczyków 9,24, Ewangelia Łukasza 24,46-53
Wszystko ma swój kres, także moje biblijne zapiski codzienne. Podobno mam się oszczędzać, postanowiłem zatem „blogować” dalej, ale znacznie rzadziej. Nawet tylko raz w tygodniu, w niedzielę. Ale niech to będzie „pełna” tematycznie „homilia”, komentująca jakoś wszystkie cztery teksty biblijne na ten dzień szczególny przeznaczone: trzy do czytania i jeden do śpiewania, czyli psalm. No i mały przeglądzik prasy.

Dzisiaj mam wraz z całym moim Kościołem wspominać liturgicznie Chrystusowe wniebowstąpienie. Dzisiaj, nie w ubiegły czwartek, bo mój krajowy episkopat podobnie jak niektóre inne zdecydował przenieść to świętowanie na niedzielę. Chodziło o to, żeby więcej ludzi mogło w tym uczestniczyć, i ten sukces arytmetyczny na pewno został osiągnięty, bo niedziela nie dzień powszedni, dla wielu z nas pełen pracy czy nauki. Ale można też kalkulować inaczej: że ogólna liczba biorących udział w mszy w oba dni była jednak w sumie większa. Podejrzewam, że w podejmowaniu tej polskiej decyzji działał również argument: to święto jest „nakazane”, opuszczenie mszy grzechem śmiertelnym, więc lepiej nie narażać wiernych na taką pokusę. Byłoby to myślenie duszpasterskie jurydyczno-moralistyczne, do niedawna praktycznie obowiązujące, wypierane na szczęście przez akcentowanie wartości duchowej uczestnictwa w eucharystii. „Chodzi się na mszę” nie dlatego, że też każą, ale ponieważ warto, tak jak warto posilić się cieleśnie, choćby nikt do tego nie gonił.
Przepraszam za wstępną dygresję i wracam do tekstów na niedzielę. Mamy przede wszystkim dwa przedstawiające to wydarzenia „wstępowania do nieba”, oba napisane przez Łukasza. Mowa o tym zaraz na początku Dziejów Apostolskich. Powiada zatem Łukasz, że Jezus „po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje”. To zdanie bardzo ważne, bo odpowiada na pytanie, po co właściwie było owo wniebowstąpienie: przecież Chrystus był w niebie, czyli u Ojca, już od samego zmartwychwstania. Otóż musiał jednak najpierw przekonać uczniów, że rzeczywiście istnieje nadal, a potem po dniach czterdziestu, że nie tylko jest to istnienie realne, ale i chwalebne, zwycięskie, wejście do chwały niebieskiej.
Tylko że właśnie do chwały niebieskiej, nie do nieba: ogłaszając w 1950 roku dogmat o wniebowzięciu matki Jezusa, papież Pius XII dokonał pewnej, by tak rzec – demitologizacji – używając owego terminu „chwała”. Chodziło mu zapewne o to, by skończyć definitywnie w doktrynie z obrazem rzeczywistości, jaki mamy w Biblii, niewątpliwie przedkopernikańskim: Ziemia jako centrum kosmosu, a mieszkanie Boga gdzieś ponad gwiazdami, daleko, wysoko, wysoko w górze – ale jakby nie poza światem stworzonym, jakby wciąż jeszcze w naszej czasoprzestrzeni. Można zapytać, czemu Chrystus dokonał takiej mylącej inscenizacji: nie jedyny to jednak raz. Robi tylko rewolucję religijną, żadnej innej. Nie zmienia świato-poglądu słuchaczy. Jak by to wszystko wyglądało dzisiaj? Trudno to sobie wyobrazić.
Albowiem Bóg jest absolutnie transcendentny, przekracza całkiem nasze wyobrażenia, co jakoś nie bardzo mieści nam się w naszych ziemskich głowach, także gdy myślimy o tym, co po śmierci. Precz z jakimikolwiek antropomorfizmami! Ale jest też „immanentny”, w sensie, w którym mówił Grekom na Areopagu apostoł Paweł: „Bo w rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas”, jak może przeczytaliśmy z Dziejów Apostolskich w środę.

Inne teksty dobrane zostały tak, by mówiły też jakoś o wniebowstąpieniu. Z Listu do Hebrajczyków wybrano fragment zaczynający się tak: „Chrystus wszedł nie do świątyni zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej świątyni, ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga”. Tu też trzeba uniknąć antropomorfizacji: obrazu Trójcy, w której Bóg Ojciec jest na nas tak zagniewany, że Syn musi nas bronić. Precz z wszelkimi uproszczeniami! A w Psalmie czytamy, że „Pan wstępuje wśród radosnych okrzyków, Pan wstępuje przy dźwięku trąby”. Zajrzałem do Biblii Poznańskiej (cytowałem według Tysiąclatki): chodzi tu może o wstępowanie Arki Przymierza, „którą jako widomy znak obecności Bożej zabierano ze sobą na wyprawę wojenną, a po zwycięstwie wnoszono uroczyście do Przybytku na Syjonie”. Z tekstami nowotestamentalnymi łączy słowa Psalmu właśnie zwycięstwo, także Chrystusa zmartwychwstałego. Choć Jego wiktoria – to też trudno zapamiętać – antymilitarna jest absolutnie.

PS. A w magazynie „Rzeczpospolitej” „Plus Minus” sprzed tygodnia znamienny tekst Ewy Polak-Pałkiewicz, znanej publicystki prawicowej. Tytuł: „Nienarodzeni, ale użyteczni”. Pierwszy akapit stawia od razu problem aborcji w sposób dla mnie nieoczekiwany: „Jak z obrony życia nienarodzonych uczynić narzędzie zwalczania niewygodnej władzy? To proste, scenariusz został przećwiczony już za poprzednich (koalicyjnych) rządów Prawa i Sprawiedliwości.” Niebywała konstrukcja myślowa mająca bronić PiS-u przed politycznymi konkurentami z prawa. Polemika na przykład z „Naszym Dziennikiem”. „Prawa aborcyjnego nie da się nigdzie w sposób idealny przestrzegać bez moralnego uzdrowienia ludzkich dusz. Wprowadzenie go teraz będzie miało natychmiastowe skutki wprost przeciwne do zakładanych przez prawdziwych obrońców życia. Jarosław Kaczyński, któremu zarzuca się (w niektórych katolickich i konserwatywnych mediach), że nie zamierza wprowadzać dyscypliny partyjnej podczas głosowania nad zaostrzaniem prawa karnego w tej sprawie (a więc oczywiście jest »przeciw życiu!«) okazuje się par excellence realistą, nie idealistą. Myśli zdecydowanie tomistycznie. Jego powściągliwa postawa wynika z poczucia odpowiedzialności polityka za państwo. Nie jest sztuką oddać władzę i narazić współrodaków na utratę państwa lub kolejny rozdział jego systemowej grabieży w imię moralnego radykalizmu. Tak jak nie jest sztuką wykrzyczenie dobrych intencji. Sztuką jest, w imię odpowiedzialności, jaką Jarosław Kaczyński dźwiga na swoich barkach, dać przetrwać i rozwinąć się państwu, które jest źródłem dobra doczesnego obywateli.”
Obrona prezesa Polski żarliwa. A zarazem mocna, choć bez nazwisk (papieża Franciszka ani nawet kardynała Kaspera) krytyka tego, co się dzieje na szczytach Kościoła rzymskokatolickiego: „Niektórzy hierarchowie (na szczęście w Polsce nieliczni) nie mają wprost słów, jak bardzo człowiek jest, z natury swej, chodzącą doskonałością. »Świętość osoby ludzkiej« i »nieograniczona godność człowieka« to tylko skromne przykłady retoryki optymistów wychowanych na soborowych deklaracjach, które odrzuciły realistyczną prawdę o człowieku i zaczęły tworzyć literacki słownik pobożnych życzeń i innych wzniosłości, licytując się w uwielbieniu dla człowieczeństwa.”
Zamiast atakować PiS po prostu nie rozgrzeszać!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s