Co jest na pewno nieczyste: pytanie również do chrystianizmu

Dzieje Apostolskie 11,1-18
Opowieść bardzo ważna historycznie i teologicznie, o Piotrowej wizji religijnej, która wyodrębniła pośród Żydów pierwotny Kościół. Zobaczył Piotr spuszczający się doń z nieba dziwny ładunek gastronomiczny: „czworonożne zwierzęta domowe i dzikie, płazy i gady”. Usłyszał głos: „Zabijaj, Piotrze, i jedz”. Poznał, że mówi do niego Bóg, ale zaoponował: „O nie, Panie, bo nigdy nie wziąłem do ust niczego skażonego lub nieczystego”. Powtórzyło się to jednak trzy razy (liczba mocna) i stało się w końcu powodem, że najważniejszy z Dwunastu poszedł do domu pogan i jadł z nimi. Uczniowie pochodzenia żydowskiego mieli o to pretensję, na którą odpowiedział opowiadając, co zobaczył. Naprawdę zobaczył czy też to tylko „religijna beletrystyka”, tłumacząca jakoś taką rewolucję myślową? No właśnie jednak, to była rewolucja, musiała mieć przyczynę bardzo potężną. nie mogło być to tylko zwykłe odważne myślenie jakiegoś jednego autorytetu. Przecież nikogo takiego bardzo odważnego myślowo w Kościele wówczas nie było. Na czele tego zalążka nowej wspólnoty nie stali jacyś zapaleni reformatorzy. Wtedy jeszcze na przykład nie jakiś Paweł z Tarsu, który dopiero później stał się myślową lokomotywą. Był tylko Piotr, „Kefas”, przebojowością się wcale nieodznaczający. Miał przecież później o to konflikt z nowym liderem, który to zajście z właściwą sobie pryncypialnością w Liście do Galatów opisał (chodziło właśnie o Piotrowe niesiadanie do stołu z obrzezanymi, choć to on wcześniej ten zakaz obalił). Wracając do wizji Piotrowej, upadła wtedy zasada gastronomiczna potężna, wnet za nią ta nakazująca mieć na ciele ów znak święty, dla nas, Europejczyków, niepojęty. Coś wielkiego musiało zatrząść takowym doktrynalnym murem! I tutaj nie po raz pierwszy w moim blogu pytanie, czy tamto wydarzenie może mieć jakikolwiek malutki odpowiednik w powstającym wtedy chrystianizmie (by użyć tego dawnego terminu, oznaczającego lepiej niż „chrześcijaństwo” nie tyle zjawisko społeczne, ile doktrynę religijną). Czy nie tworzą się w nim zasady uważane długo za niepodważalne – czy aby na pewno słusznie? Co mówią na ten temat duchowni znani z niesztampowego myślenia?
Na polskim horyzoncie księżym zabłysła teraz mocno gwiazda Jana Kaczkowskiego. Nagrody liczne, wywiady. Był już jeden książkowy: Katarzyny Jabłońskiej w Bibliotece „Więzi” pt. „Szału nie ma, jest rak”, doszedł następny Piotra Żyłki (WAM): „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”. Ksiądz Kaczkowski to przede wszystkim hospicjum w Pucku: jest znany w pierwszym rzędzie jako działacz społeczny, duszpasterz i „ciał pasterz”, nie myśliciel. Jako zarazem ktoś, kto jako opiekun chorych bardzo ciężko stał się nagle człowiekiem potrzebującym podobnej opieki, właścicielem glejaka mózgu. Opowiada Żyłce swoje niedługie jeszcze życie. Od początku pełne choroby, bo urodził się jako wcześniak i ma ogromne kłopoty ze wzrokiem, takie, że wisiało na włosku jego wyświęcenie na kapłana, bo przecież ksiądz musi czytać, żeby odprawić mszę. Skądinąd mądrzy jezuici nie przyjęli go nawet do nowicjatu. Opowiada o tym jak o wszystkim językiem barwnym, dynamicznie: książkę czyta się naprawdę tak zwanym jednym tchem! Mówi o swoich kłopotach z Kościołem instytucjonalnym w ogóle. Niczego zapewne nie ukrywa, chociaż spodziewałem się krytyki ostrzejszej: wyważa. Można zresztą skomentować cierpko, że nic mu się przecież nie stało, na suspensę się nie zanosiło, z kolejnymi swoimi biskupami się jakoś dogadywał, choć język ma, jak sam wyznaje, niewyparzony. Energię, pracowitość posiada niesamowitą. Z tym wszystkim zrobił doktorat z kościelnej bioetyki, uważa się za specjalistę w tych sprawach i choć „ego” ma niewąskie, warto wiedzieć, co o nich myśli.
Zacznę od celibatu, choć to kwestia inna, ale też na linii Kościół – świat mocno dyskusyjna. Ks. Kaczkowski: „Nie wyobrażam sobie kapłaństwa bez celibatu: pozwala on na bycie wyłącznie dla Niego w innych”. „Jeśli w przyszłości coś się zmieni, to wyłącznie w kierunku rozwiązania, w którym wyświęceni księża nigdy nie będą mogli się żenić, ale żonaci mężczyźni czasem będą mogli zostać dopuszczeni do święceń. Tak jak w Kościołach wschodnich.”
Aborcja: „Embrion jest kimś, nie czymś”. W pierwszej książce ujmował to tak: „Kategoria osoby jest szersza niż kategoria człowieka. Nikt w teologii katolickiej nie twierdzi, że zygota albo blastocysta jest człowiekiem. To nie jest człowiek, to jest zygota, która ma godność osoby.” Zauważę jednak, że spotkałem terminologię katolicką wręcz przeciwną, w której zygota jest człowiekiem, ale nie jest pewne, czy osobą, choć tak uważał Karol Wojtyła. Kaczkowski wspomina o stanowisku katolickim teologicznie odmiennym: „Chociaż, trzeba przyznać, są w Kościele bioetycy, pozostają w mniejszości, którzy utrzymują, że o sobie możemy mówić po kilku dniach, gdy embrion zagnieździ się w płodnej ścianie endometrium znajdującego się w macicy”. I dalej jakby przyłączając się do owej mniejszości: na uwagę Żyłki iż „zwolennicy aborcji podkreślają, że często embriony się nie zagnieżdżają”, ksiądz odpowiada: „Jest to fakt biologiczny, który z filozoficznego punktu widzenia oznacza, iż najprawdopodobniej zapłodnienie w takich przypadkach nie zostało zrealizowane w pełni, a to za tym idzie – nie mieliśmy do czynienia z osobą”. Ja zauważę tylko problem, o którym Kaczkowski nie wspomina, że występuje czasem podział zapłodnionego jaja, samo zapłodnienie zatem nie może zostać uznane za powstanie ludzkiej osoby. Tak czy inaczej autor jest przeciw aborcji w każdym przypadku poza tym, w którym ciąża stanowi zagrożenie dla zdrowia lub życia matki: tu jego sprzeciw zmniejsza się, mówi o dramatyczności wyboru. No i jest za jakimś kompromisem na gruncie państwowego prawa.
Antykoncepcja. Żyłka naciska, ksiądz usiłuje się wymigać, w końcu jednak stwierdza, iż trzeba „pokazać wszystkim, którzy decydują się na współżycie, że najważniejsza jest ta trzecia osoba, której wprawdzie jeszcze nie ma, ale może się pojawić i ma prawo do tego, by była poczęta chciana, akceptowana i kochana. Najlepiej w małżeństwie”. Otóż to! Czyli brak zasadniczego sprzeciwu. Ale jest i o niebezpieczeństwie, że używanie bądź niewłaściwe stosowanie antykoncepcji hormonalnej utrudni poczęcie, gdy już będzie taka decyzja.
In vitro: budzi ogromne księdza wątpliwości. Nadliczbowe embriony, zgoła niepewny ich los. Ale i tutaj Kaczkowski jest myślowo niezależny: boli go serce, gdy słyszy, że nie można afirmować adopcji także w fazie prenatalnej. No i o potępieniu in vitro jako samej metody ani słowa. W sprawie ustawy na ten temat akapit taki: „W przypadku aborcji został osiągnięty jakiś rodzaj kompromisu. Podobnie musi być w przypadku ustawy bioetycznej. Nie możemy wprowadzić szariatu, musimy osiągnąć jakieś porozumienie. Niczego nie relatywizuję. Kompromisy zwykle są zgniłe etycznie. „Ale ich intencje są klarowne. Chcemy chronić tyle dobra, ile to możliwe”.
W ogóle jak na księdza, czyli kogoś o ograniczonej w Polsce kościelnej swobodzie wypowiedzi, jest relatywnie odważny, choć – rozumiem to właśnie – ostrożny. I śmiały jeżeli chodzi o praktykę duszpasterską, nie o doktrynę, różnicę zaznacza: czyli w ogóle o stosunek do ludzi. W końcu gdybym miał ich w nosie, nie założyłby hospicjum cenionego bardzo. Charakter ma ciężki, co wiem skądinąd, bywa nieznośny, ale dokonał wiele. Niech pożyje nam jeszcze długo.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s