Zwana słusznie szczęśliwą. Prezentów pod choinkę prezentacja: przede wszystkim „WIĘŹ”!

Ewangelia Łukasza 1,48
„Oto bowiem szczęśliwą zwać mnie będą wszystkie pokolenia.”
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół.
Z uporem maniaka wracam do translatorskiego dylematu „szczęśliwy(-a)” czy „błogosławiony(a)”. Przypominam, że język grecki podobnie jak właśnie polski ma tutaj dwa odpowiednie terminy: „makarios(-a)” i „eulogetos(-e)” bądź „eulogemenos(-e)”, czyli nie ma powodu obstawać przy polskim jednym. Akurat w dzisiejszym przypadku nie jest to przymiotnik grecki, ale czasownik „makariousin”, który trzeba tłumaczyć raczej właśnie, jak tośmy to powyżej zrobili, a nie „błogosławić mnie będą”, jak w Biblii Tysiąclecia. Tu na szczęście udało mi się przekonać moich trzech biblistycznych mędrców, żeby byli bardziej oryginalni w tłumaczeniu zgodnym z oryginałem; w przypadku słynnych błogosławieństw w „kazaniu na górze” już nie odniosłem takiego sukcesu, ale dobre i to. Ja nie wariuję, nie upieram się na przykład, żeby w 1 Liście do Tymoteusza 1,11 mówiło się o Bogu szczęśliwym, nie błogosławionym: Bóg jest oczywiście szczęśliwy, ale można by rzec, że jest to oczywistość nadmierna i chodzi tu raczej o to, że my Go błogosławimy, czyli wychwalamy. Co więcej traktuję ten przypadek jako dający mi do myślenia, czy mam rację rozdzielając wyraźnie te dwa znaczenia, póki co jednak upieram się, że matka Jezusa była przede wszystkim szczęśliwa z powodu swojej roli macierzyńskiej (choć była to róża zgoła nie bez kolców), a dopiero wtórnie błogosławiona, czyli za tę rolę chwalona. Jeszcze trochę głośnego myślenia mariologicznego. Jeszcze trochę o jej szczęśliwości – i nieszczęśliwości. Napisałem parę dni temu, że jej szczególne biologicznie macierzyństwo mimo Józefowej adopcji musiało być chyba powodem plotek: syn do ojca tak niepodobny… Z samego tekstu ewangelijnego wynika jednak, że problemem było również boskie pochodzenie Jezusa: wprawdzie Łukasz zaznacza, że po Jego zgubieniu się w Jerozolimie był rodzicom posłuszny, ale przecież jeśli już jako dwunastolatek przewyższał ich kompetencjami teologicznymi, to co mogło być potem. Nawet przy idealnej delikatności taka intelektualna różnica nie mogła nie utrudniać relacji.
Wigilia choinkowa już tuż, tuż, więc zaprezentuję kilka książek jako właśnie gwiazdkowe prezenty. Koszula najbliższa ciału, zacznę zatem od wydawcy mojego rodzinnego, czyli „Więzi”, miesięcznika, teraz kwartalnika, w którym przepracowałem 31 lat i w którego radzie redakcyjnej mam przyjemność zasiadać. Otóż w numerze już zimowym 2014 na samym przedzie blok artykułów islamskich, naprawdę bardzo ciekawy. Teza kilku autorów główna: islamscy terroryści różnych rodzajów, w szczególności „kalifatyści”, działający w Iraku i Syrii, to absolutnie żadna reprezentacja tej religii! Dla nazywania Państwa Islamskiego „Więź” przyjęła tetragram ISIS: otóż „ISIS to trockiści islamu” – dowodzi sam muzułmanin, sufita polski Andrzej Saramowicz. Według niego ten ludobójczy twór polityczno-militarny jest zjawiskiem rzadkim w historii islamu, który był na ogół tolerancyjny: ISIS ewidentnie łamie podstawowe zasady tej religii. „Prawdziwym celem islamu nie jest bowiem zmienianie zewnętrznego świata, ale kształtowanie ludzkiego charakteru, wewnętrzna transformacja człowieka i jego duchowa przemiana”. Autor przyznaje, że „w islamie nie rozdziela się sacrum od profanum, a religia przenika całe życie wyznawcy. Idea państwa świeckiego jest więc – przynajmniej teoretycznie – islamowi obca, zwłaszcza, że taka sytuacja nie stwarza najlepszych warunków do pełnej praktyki i życia według zasad prawa religijnego.” Co napisawszy, Saramowicz twierdzi jednak, że islam, „jak pokazuje historia, może funkcjonować pod świeckimi rządami. Dziś większość krajów muzułmańskich to nie teokracje”. A przykład polskich Tatarów dowodzi, że katolicko-muzułmańska wielokulturowość dobrze funkcjonować może. Inny muzułmanin, tym razem brytyjski, Dilwar Hussain, głosi, że „wartości europejskie to wartości muzułmańskie”. Znany katolicki intelektualista i działacz włoski Andrea Riccardi przekonuje, że „to nie jest wojna islamu z Zachodem: większość muzułmanów się od tego odżegnuje”. Powiadają, że są większością, która stała się zakładnikiem mniejszości. Dokumentuje to iranistka i arabistka z UW Agata Skowron-Nalborczyk, współprzewodnicząca ze strony katolickiej Rady Wspólnej Katolików i Muzułmanów, której z drugiej strony współprzewodniczy Andrzej Saramowicz.
Wyłowiłem tezy takowe z tekstów bogato informacyjnych, tłumaczących różne zjawiska, na przykład dlaczego ISIS odnosi takie sukcesy, przede wszystkim jednak opisujących „odcinanie się” odeń muzułmanów bez żadnego noża w zębach. Cytowałem, będąc w pełni świadom, że ową autoapologię łatwo skontrować można. Że jest to zapewne większość, ale dotąd wciąż jednak raczej milcząca, a zresztą na przykład Arabia Saudyjska rzeczywiście sprzymierzyła się przeciw ISIS z muzułmańskimi liberałami z Europy i USA, ale w tym państwie arabskim żadnej zgoła tolerancji religijnej nie ma. Że nawet o samym dżihadzie mówi się, że to przede wszystkim walka moralna wewnątrz wyznawcy islamu, ale w rzeczywistości nieraz zupełnie na zewnątrz i to z okrucieństwem przecież przeraźliwym. Ale ja mam na to wszystko od dawna jedną i tą samą odpowiedź: że islam jest teraz taki, jakie było chrześcijaństwo niemal do naszych czasów, chociaż zapewne był kiedyś podobny do naszej religii dzisiaj.
Jest wszelako w tej „Więzi” zimowej jednej artykuł nowatorski absolutnie. Doktor teologii i magister islamistyki z KUL-u ks. Stanisław Grodź bierze mianowicie pod lupę problem dzisiejszego prześladowania chrześcijan, twierdzenie, że co roku umiera męczeńsko sto tysięcy wyznawców Chrystusa. Powiedział tak nawet arcybiskup Silvano Maria Tomasi, stały przedstawiciel Stolicy Apostolskiej przy ONZ, co zresztą zostało sprecyzowane przez niektórych jako sto tysięcy ofiar prześladowań muzułmańskich. Otóż liczba ta wzięła się z twierdzenia, że w latach 2000-2010 było męczenników chrześcijańskich około miliona, które to twierdzenie ks. Grodź opatruje krytycznym komentarzem. Przecież z tego około 900 tysięcy pochodziło z terenów Demokratycznej Republiki Konga, gdzie toczy się wojna. Jeśli nawet 20 proc. z 4,5 miliona ofiar tej wojny oddało życie z powodów religijnych, to faktem jest, że DRK zamieszkują w większości chrześcijanie, czyli zabijają jedni drugich. Z kolei Indonezja nie jest krajem krwawych prześladowań chrześcijan, jak ktoś twierdził: są tam rzeczywiście regiony, gdzie spotyka ich przemoc, ale stosuje się nią również wobec muzułmanów, buddystów i wyznawców innych religii. A co do buddystów, to żadni fanatycy tej religii nie mordują chrześcijan w Indiach: to jeszcze jeden „bałach”. Owszem, bojówki indentyfikujące się z buddystami atakują wyznawców Chrystusa na Sri Lance, ale to w ogóle wyspa wieloletniej wojny domowej niereligijnej bynajmniej. Ks. Grodź ostrzega, że podobna informacyjna przesada dialogowi religijnemu nie służy. Werbista, zakonnik od misji i tegoż dialogu, podkreśla, że owszem, krew leje się tu i tam czasem, ale dużo też zgodnej współpracy. Chociaż problem narasta, są to raczej złe wyjątki od reguły. Miło to słyszeć przed Wigilią.
Tyle o „Więzi”. Mogłoby być znacznie więcej, tom najnowszy jest wielki i gruby, tekstów ciekawych w nim legion, a kosztuje tylko 2 zł (nawet bez jednego), więc prezent arcyekonomiczny! Teraz o podarkach innych.
Kogo franciszkowa odnowa Kościoła choć trochę podnieca, musi koniecznie nabyć bardzo ważną, bo odważną i bogato dokumentowaną książkę teologa z krakowskiego UPJP II, Damiana Wąska. Tytuł może sugerować, że chodzi o problemy raczej „techniczne”, prawno-administracyjne, albowiem brzmi „Nowa wizja zarządzania Kościołem” (WAM), ale dotyczy spraw superteologicznych. Muszę ją omówić osobno, póki co, notuję tylko jedną informację z tysiąca cennych, że gdy kończyło się „Vaticanum Secundum”, opracowując jeden z dokumentów, zrezygnowano z określenia biskupa Rzymu jako głowy Kościoła: jest nią przecież wyłącznie Chrystus.
Co do papieskiego Kościołem rządzenia, to jest rzecz Znaku jeszcze nie do kupienia, dopiero od 29 stycznia 2015, ale już warto łykać ślinkę przed lekturą dziennikarską supersmaczną: Johna Thavisa „Dziennika watykańskiego (Władza, ludzie, polityka)”. Jest rozdział pt. „Seks”, ale i inne interesujące wielce.
Wracając do jezuickiego WAM-u, wydał on coś dla filosemitów: „Sentencje ojców”: z hebrajskiego przełożył Michał Friedman, z komentarzem Pawła Śpiewaka, złotych trzydzieści bez groszy dziesięciu.
Również już do nabycia do kompletu jako tom wreszcie finalny, równo dwudziesty „Encyklopedii katolickiej”, dzieła pomnikowego KUL-u. „Buch” przeogromny, 1663 strony, zapłaciłem złotych chyba aż 179, ale nie żałuję, przyda się nie tylko po to, żebym miał całość. Hasła od „Vác” do „Żywy Różaniec”.
Na sam koniec książeczka Frondy „Folwark zwierzęcy. Reaktywacja”. Autor oczywiście nie George Orwell, tylko Nigel Bryant, rzecz klasy mniejszej wiele, świeżutka, z tegorocznej jesieni. Dalej rządzą świnie, Putin zwie się Lancelot. Przeczytałem do poduszki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s