Czy nie przykrywam Światła korcem? „Ethos” wobec zwierząt!

Ewangelia Łukasza 8,16
„Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem, lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą.”

Starsi pamiętają tu zamiast garnca korzec. Przypomina mi to opowieść o pewnym młodym człowieku, co kogoś innego pouczał, by lampy nie zakrywał kocem. Gdy tamten powiedział mu jednak, że nie o to przykrycie tam chodzi, myślał, myślał i w końcu powiedział: – Kołdrą… Biblia księga wciąż mało znana.

Ale ja tu napiszę o sobie samym. Czy dobrze spełniam rolę publicysty religijnego? Czy nie zasłaniam Światła? Zajrzałem do listów, które dostaję pocztą papierową. Jestem w nich Żydkiem, sekciarzem, szatanem; takimi ocenami się nie przejmuję, dostałem jednak poważną. Pan Zbigniew Bulczak zarzuca mi, że „poszczypując wciąż Kościół, niby z troski o jego kondycję, dobrze wysługuję się swoim protektorom liberalno-lewicowej proweniencji. Jest tyle negatywnych zjawisk po stronie barykady, na której usiłuję siedzieć okrakiem.” Powinienem – powiada – choć raz odnieść się do tych zjawisk, oczywiście krytycznie.

Otóż odnoszę się czasem, nie kryję przecież opinii, że jest też ateizm walczący, jaskiniowy niemal. Martwi mnie on i złości, mniej jednak niż błędy mojej własnej wspólnoty, bo za nią czuję się bardziej odpowiedzialny. Martwi mnie bardziej zjawisko przeciwne: katolicyzm przedsoborowy zupełnie, przedfranciszkowy również, który zamiast do Kościoła zbliżać, skutecznie odeń oddala. Staram się, by światło wiary przyćmione przez brzydkie starocie było najlepiej widoczne. W „Gazecie Wyborczej”, w „Metrze”, też tu w moim blogu robię, co mogę, by Kościół wyjrzał spod korca ciasnoty wielkiej, wszelakiej. Demaskuję go pozytywnie, ile sił i miejsca na łamach gazet starczy. Pewnie jednak powinienem więcej.

Lektura jeszcze przedweekendowa: numer 102 kwartalnika KUL-owskiego „Ethos” z głównym tematem „Nasi »bracia mniejsi«”. Sprawy bardzo na czasie w świecie pozakościelnym, zatem bardzo jest cenna refleksja w piśmie uczelni katolickiej. Tym bardziej, że mamy tu przegląd stanowisk filozoficznych naprawdę bardzo różnych. Nie wiedziałem, że tylu filozofów się tym tematem zajmowało, z Kartezjuszem na przykład włącznie. Mamy w „Ethosie” wręcz cały artykuł Przemysława i Arkadiusza Gutów pt. „Argumenty Kartezjusza przeciwko myśleniu zwierząt”.

Niestety nie mam dostatecznego wykształcenia filozoficznego, by zgrabnie zreferować ten tekst i inne. Odnotuję jednak ciekawą tezę z redakcyjnego wstępu pióra redaktora naczelnego, ks. Alfreda M. Wierzbickiego (podpisał się tylko inicjałem). Twierdzi on mianowicie: „Paradoks nowożytnego przewrotu antropologicznego w kulturze polega na tym, że z jednej strony wyostrza on zakorzenioną w tradycję chrześcijańskiej ideę godności człowieka, podkreślającą wyjątkowość i transcendencję osoby ludzkiej w świecie, a z drugiej strony radykalnie oddziela ducha i przyrodę, człowieka i zwierzęta. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że nowoczesny paradygmat antropologiczny, w ramach którego rozwinęła się koncepcja autonomii bytu ludzkiego i nabudowana na niej doktryna praw człowieka, otrzymał interpretację racjonalistyczną, przyjmującą apriorycznie tezę o bytowej samowystarczalności człowieka i projektującą wizję moralności etsi Deus non daretur [jakby Bóg nie był dany, nie istniał]. Ontyczne »usamodzielnienie człowieka« pociągnęło za sobą również jego osamotnienie w świecie, uzasadniało bezwzględne panowanie nad przyrodą, wzmocnione zanegowaniem rozumienia bytów naturalnych w kategoriach teleologicznych. W świecie bez Boga, w którym dokonała się teoretyczna negacja naturalnych celów istot żywych, los zwierząt stawał się naprawdę godny pożałowania: zaczęto traktować je jako wyłącznie przedmiot produkcji i konsumpcji.”

Nie ciągnę dalej tego cytatu, dodaję doń tylko zdziwienie swoje, że pogarda dla braci mniejszych może być przypisywana nowożytnej myśli areligijnej. Dotąd mi się wydawało, że nurt ekologiczny wziął się raczej właśnie ze źródeł laickich, a myśli chrześcijańskiej było mu do niedawna daleko. Wrócę do tej uwagi dalej.

Może jednak w ogóle upraszczam obraz „odnośnej” historii myśli ludzkiej. Przedstawia owe dzieje w obszernym studium Jacek Lejman i pisze tam coś, co pewnie moje uproszczenie pokazuje: „W naszym kręgu kulturowym przyjęła się interpretacja religijna, zgodnie z którą zwierzęta znajdują się na niższym szczeblu drabiny jestestw. Nie oznacza to jednak, że u jej podstaw leży brak szacunku dla zwierząt – przeciwnie, interpretacja ta wyraża podstawę troski i litości. Ten litościwy stosunek chrześcijaństwa czy islamu do zwierząt nie wpływa jednak aż w takim stopniu na światopogląd społeczeństw. Dlatego też religie te należy traktować jeśli nie jako antyzoofilne, to przynajmniej jako niezoofilne.” Wcześniej czytamy, że hinduizm, dżinizm i buddyzm zoofilne są. Owszem, Lejman zaznacza, że ten podział prosty nie jest, bo na przykład „we wczesnym chrześcijaństwie zabijanie zwierząt było grzechem”. Niemniej – jeśli dobrze zrozumiałem – na chrześcijaństwie średniowiecznym i późniejszym ciąży zwrot od Platona i jego uczniów, którzy nie widzieli wyraźnej jakościowej różnicy między ludźmi i zwierzętami, do Arystotelesa i mu podobnych, którzy tę różnicę akcentowali. Poszedł za nią Tomasz z Akwinu i w sumie myśl średniowieczna, a – dodam tu, co wyczytałem wcześniej – późniejszy (laicko) racjonalistyczny przewrót antropologiczny różnicę ową w istną przepaść zamienił.

Problemów różnych legion, odsyłam do tomu, który tu nieudolnie, upraszczając omawiam, oraz wracam do sprawy „religia a ekologia”. Odnotowuję z artykułu Lejmana informację bardzo ważną: ”Za przełomowe w kwestii traktowania zwierząt można uznać idee brytyjskiego utylitarysty Jeremy`ego Benthama [1748-1832]. (…) Napisał on, że o traktowaniu danej istoty nie powinna przesądzać jej inteligencja, lecz to, czy owa istota zdolna jest do odczuwania bólu i przyjemności. Jeśli fakt taki stwierdzimy w przypadku zwierząt, musimy uznać je za byty objęte prawami moralnymi. Można powiedzieć, że w ten sposób w obrębie myśli utylitarystycznej powstał nurt «ekologiczny». Jego postulat ochrony zwierząt został później przekształcony w żądanie praw dla zwierząt. Bentham pisał: «Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć».” No właśnie! Tu przerywnik w postaci myśli własnej: mamy dzisiaj taką złośliwą opinię, iż ekologowie (w domyśle: mało kościelni) okropnie się martwią wycinaniem puszczy amazońskiej, a jakoś prawie wcale mordowaniem dzieci nienarodzonych. Podział wrażliwości moralnej przebiegałby zatem jednak czasem na granicy światopoglądowej. Co do mnie samego, myślę, że trzeba po prostu martwić się jednym i drugim – i tak chyba to czują autorytety religijne w rodzaju ostatnich papieży i patriarchy Bartłomieja Pierwszego.

Ważny problem etyczny, o którym też, a jakże, w „Ethosie”, w artykułach bliższych biologii, to na przykład problem doświadczeń medycznych na zwierzętach albo sławetnego uboju rytualnego. Co do tych pierwszych, przepiszę to, co przeczytałem w tekście Zbigniewa Wróblewskiego „Subiektywność i dobro. Ontologiczne przesłanki życzliwości dla zwierząt”: „Ogólnie można sformułować zasadę, że nie każde powiększenie pomyślności ludzi usprawiedliwia każde zadawanie cierpienia”. Wróblewski postuluje szukanie metod naukowych innych niż eksperymentowanie na zwierzętach, co już zaczęto czynić także w Polsce. Tu też cytat z artykułu Jessiki Pierce i Marca Bekoffa: „W świetle obecnej wiedzy moralność ludzka wydaje się wyżej rozwinięta i uszczegółowiona niż systemy występujące w innych gatunkach.” Niemniej „moralności zwierząt zaczęliśmy się przyglądać dopiero w ciągu ostatnich dziesięciu lat, a im więcej będziemy się dowiadywać, prawdopodobnie tym bardziej będziemy zaskoczeni poznawczą i emocjonalną subtelnością zachowań zwierzęcych. Chociaż nasza jedyność nie jest zagrożona, zagrożony jest nasz wyjątkowy status. Stanowisko filozoficzne mówiące, że ludzie stoją «wyżej» czy są «lepsi», czy też mają większą wewnętrzną godność, nie znajduje potwierdzenia w naukach przyrodniczych.” Myśl bardzo śmiała, brawo!.

Ale na tym rozterek moralnych nie koniec. Wegetarianizm, weganizm to raczej nowoczesne wariactwa? Brak podobnej problematyki na ambonach, w listach pasterskich biskupów polskich to sprawa poważna? Należało jednak rozważać podobne kwestie w grubym tomie KUL-owskiego periodyku, chociaż przecież filozoficznego, nie teologicznego, naukowego, nie publicystycznego? Porządkowanie myśli arcyważna rzecz, ale praktyka moralna woła skowytem psów zostawianych w lesie, przywiązywanych tam do drzewa. Psów, naszych przyjaciół nieopisanie serdecznych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s