Owca, drachma i syn zagubieni

Ewangelia Łukasza 15,1-32
Przypowieści o zgubionej owcy, drachmie i synu, co zgubił się moralnie. Przesłanie w świetle całej Ewangelii oczywiste: każdy człowiek jest ważny, nie tylko ci porządni. W innych miejscach Nowego Testamentu (opowieść o faryzeuszu i celniku) widać nawet, że owa porządność może być wątpliwa.

Dołączam na tę niedzielę lekturę mego tekstu większego niż te, które piszę zazwyczaj, i pewnie ważniejszego. Napisałem coś w rodzaju mojego osobistego wyznania wiary. Zrobiłem to w formie komentarza do tak zwanego Składu Apostolskiego, trzeciej części tradycyjnego pacierza.

Wierzę w Boga.

Wierzę, że jednak świat ma Sens. Że nie jest dziełem jakiejś niebywałej serii przypadków, wynikiem jakiejś szczęśliwej gry sił kosmosu. Nie jestem, co prawda, aż tak radykalny w myśleniu, by – jak to uczynił Leszek Kołakowski – twierdzić, iż „nieobecność Boga (…) obraca człowieka w ruinę w tym sensie, że ograbia z sensu to wszystko, co zwykliśmy uważać za istotę człowieczeństwa: dążenie do prawdy, odróżnienie dobra i zła, roszczenie do godności i przekonanie, że tworzymy coś, co oprze się obojętnemu niszczycielstwu czasu”. Może jednak heroiczny humanizm ateistyczny ma jakieś filozoficzne oparcie. Tym bardziej zgadzam się z Kołakowskim, iż ”wierzący nie dostarczy nigdy ateiście wystarczających «dowodów», które mogłyby przeciągnąć go na swoją stronę”. To znaczy zapewne dowodów tak przekonujących, jak te, na których stoją twierdzenia matematyczne, biologiczne czy nawet niejedno historyczne. Niemniej Bezsens jest dla mnie znacznie mniej wyobrażalny niż Sens. Nie jestem w stanie uwierzyć w tak przemyślną naturę i tyle. No i zapewne ma rację Tomasz Halik: „Bóg nie jest w taki sposób, w jaki są rzeczy. Jeśli Bóg jest, to jest na własny, boski, wyjątkowy sposób. Tylko tak, jak jest On i nikt inny. (…). Nie można myśleć o Bogu jako o kimś nieistniejącym, jeśli bowiem Bóg jest źródłem istnienia, a nie bytem wśród bytów, to nieistniejący Bóg jest absurdem, logiczną sprzecznością”. Choć może jednak mogłoby istnieć źródło bytu, którego Bogiem nazwać nie można: filozof ze mnie słaby, nie wiem. Bliskie mi jest natomiast tłumaczenie, że Bóg nie istnieje nawet tak jak człowiek, albowiem przyjmuję z radością wszystko, co oddala od tradycyjnego teizmu.

Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi.

Wiara, że On jest, zakłada nieodzownie Jego wszechmoc. To nie żaden bożek, to Absolut wszelkich właściwości, nieskrępowany żadną niemożnością. Jeżeli jednak może wszystko, to czy aby na pewno nie może ujarzmić Szatana i zapanować ostatecznie nad owładniętymi przez niego ludźmi, czy aby na pewno nie wszyscy mogą być zbawieni? Nie do wyobrażenia jest dla mnie nieskończona moralna męka choćby jednego człowieka. Wolna wola to element konieczny człowieczeństwa, ale Boża wszechmoc jest do pogodzenia z Jego absolutnym miłosierdziem tylko wtedy, gdy Dobro zwycięża bez reszty. Inaczej stworzenie Nieba i Ziemi jawi mi się jako jakieś kosmiczne brakoróbstwo. Wystarczą wszystkie potworności Kosmosu, by i tak mówić, że pisze On po liniach krzywych przeraźliwie.

I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego.

W Jezusa Chrystusa: dwuimienność zwyczajna, taka, jaka była w starożytności i bywa czasem teraz? Nie, ponieważ Chrystus to Mesjasz. To w myśli żydowskiej człowiek, który pojawia się z misją specjalną, z zadaniem ostatecznej przemiany świata. Świat wskutek działalności Mesjasza ma być w wizji judaistycznej najwyraźniej lepszy. Chrześcijanie natomiast pojmują ową przemianę tylko jako zaczyn: Chrystus zmieni świat całkowicie dopiero, gdy przyjdzie po raz drugi, na końcu świata „starego”, gdy nadejdą zapowiedziane w Biblii „nowa ziemia i nowe niebo”. Ale zaczyn już działa, przede wszystkim jest już przykład duchowy Krzyża, tworzący wizję, cel przemiany, poza tym – jeśli się wierzy w jakiś postęp moralny ludzkości, a ja wierzę – jest już jakaś tego celu realizacja. Jednak obie te koncepcje Mesjasza nie są może tak bardzo różne. Jest taki dowcip: Chrystus przychodzi po raz wtóry, otacza Go oczywiście chmara dziennikarzy i jeden z nich pyta, które to Jego przyjście, pierwsze czy drugie. Na co On po angielsku: – No comment.

Jezus jest jedynym synem Boga. Ta jedyność oznacza chyba szczególny związek z Ojcem, szczególną Jego miłość, jaką cieszą się jedynacy. A Boże synostwo? W sensie szerszym oznacza ono w ogóle wyróżnienie kogoś spośród innych ludzi: Mesjasz był tak nazywany także w tekstach całkiem żydowskich. W Kościele nabrał jednak znaczenia, które Credo nicejsko-konstatynopolskie (to odmawiane podczas mszy) nazywa „współistotnością Ojcu”.

Jezus jest też naszym Panem. Okropne słowo: pan to albo tytuł odnoszony do osób z którymi nie łączy nas bliska znajomość ani pokrewieństwo, albo też relacja własności, podporządkowania. A Jezus, co prawda, jest naszym władcą, ale Jego władza nad nami ma znaczenie osobliwe: wyraziła się w Krzyżu. Jest On naszym władcą w ten sposób, że myśląc po ludzku nim nie jest i właśnie przez to uniżenie jest naszym Zbawcą.

Który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny.

Zanim wyznamy wiarę w Trzecią Osobę Trójcy, czyli w to, że jest On jeden, ale trójjedyny, mówimy o tym, jak Jego Syn zaistniał na naszym ziemskim świecie. Trudno się młodziutkiemu Kościołowi dziwić, że to Jego pojawienie się pośród naszych przyziemności wyobraził sobie jako coś zupełnie niezwykłego, jako dzieło Tego, który w sposób niezwykły przenika wszystko.

Niemniej – powiada ks. Wacław Hryniewicz – „wiara w dziedzictwo Maryi napotyka jednak obecnie wśród chrześcijan poważne trudności. W Biblii istnieje wiele pokładów znaczeniowych, które wymagają różnych sposobów interpretacji”. Chodzi o to, że nie możemy rozumieć jej tekstów zawsze w sposób dosłowny. Zawsze są jakoś uwarunkowane miejscem i czasem. Tamten czas sprzyjał „nadnaturalnej” interpretacji różnych wydarzeń, poza tym nasiąkał powoli przychodzącą z różnych stron niechęcią do „ciała”, do czynnika materialnego w człowieku, do wiązanego wyłącznie z ciałem życia seksualnego. „Wiadomo również – pisze dalej ks. Hryniewicz – iż mit narodzin z dziewicy był szeroko rozpowszechniony w starożytności, zwłaszcza w Egipcie i mitologii grecko-hellenistycznej. Czy zatem sens opowiadania o dziecięctwie Jezusa i Jego dziewiczych narodzinach można uczynić bardziej zrozumiałym dla ludzi współczesnych? Czy Jego dziewicze narodziny rzeczywiście miały miejsce? Biolodzy zdecydowanie odrzucają w tym wypadku możliwość partenogenezy. Czy chrześcijanin musi zatem powołać się na cud wbrew wszelkim prawom przyrody?” Można odpowiedzieć, że prawa przyrody to dla nas dzisiaj pojęcie niewiele mniej staroświeckie niż wiara w cuda: ileż „praw przyrody” kwestionuje współczesna fizyka! Dzisiejsza medycyna nie umie wytłumaczyć tylu niespodziewanych uzdrowień: być może wyjaśnią się z czasem, czy aby na pewno jednak tamto narodzenie bez udziału mężczyzny nigdy nie wyda się mniej biologicznie niezwykłe? Ks. Hryniewicz przedstawia jednak dalej dzisiejsze, historyczno-krytyczne badania nad Biblią w tej sprawie.

Otóż wiara w dziewicze poczęcie została zaznaczona tylko w dwóch ewangeliach: nie znajdujemy jej ani w pierwszej historycznie, Markowej, ani w najpóźniejszej – przypisywanej apostołowi Janowi. Tym bardziej nie czytamy nic na ten temat w listach Pawłowych i w żadnym innym tekście nowotestamentalnym: tak zwane Ewangelie Dzieciństwa poprzedzają tylko dzieła Mateusza i Łukasza. Biologiczne dziewictwo Matki Jezusa – stwierdza ks. Hryniewicz – nie jest centralnym elementem Ewangelii, a przez to wiary chrześcijańskiej. „Wiara w Chrystusa jako Syna Bożego jest niezależna od wiary w dziewicze narodziny.” Nie jest jej koniecznym warunkiem. Co nie znaczy, że ta druga wiara nie ma żadnego związku z pierwszą, fundamentalną. Opowieści o niezwykłych narodzinach Jezusa z Nazaretu są „teologicznym symbolem nowego początku, który dokonał się w dziejach świata mocą Boga za pośrednictwem Jego Syna. Wydarzenia tego nie sposób wyjaśnić na podstawie normalnego rozwoju doczesnej historii ludzkości.” Ówczesnym ludziom symbol narodzin z dziewicy był do całej wiary chrześcijańskiej niezbędny, nam chyba konieczny nie jest.

Umęczon pod Ponckim Piłatem.

I tak to pochodzący z małoazjatyckiego Pontu funkcjonariusz rzymskiej okupacji Izraela znalazł się w syntetycznym ujęciu wiary chrześcijańskiej. Pasuje do niej „jak Piłat w Credo”? Owszem, pasuje, jeśli wzmianka o nim służy zaznaczeniu, że Jezus żył i zginął najzupełniej realnie, historycznie, w dającym się określić czasie. Postać Piłata jest zresztą sama przez się bardzo ważna. Niezależnie bowiem od tego, jak rozłoży się odpowiedzialność za Jego śmierć, obciążając przede wszystkim władzę żydowską bądź jednak właśnie rzymską (wielki problem biblistyczny oraz dialogu z judaizmem), to właśnie on jednak w końcu skazał na potworną śmierć człowieka niewinnego.

Ukrzyżowan, umarł i pogrzebion.

W tych trzech słowach zawiera się niemal cała wiara chrześcijańska. Został umęczony i ukrzyżowany: po co to było potrzebne? Mógł przecież być jednym z wielu wielkich proroków ludzkości, założycieli wielkich religii, który umarli własną śmiercią, a za życia wyłożyli całą swoją naukę. Umarł nie tak jak Budda, Konfucjusz, Lao-Tse, tym bardziej nie jak Mahomet, według islamu wzięty żywcem do nieba. Raczej jak Sokrates, też zamordowany przez sąsiadów: cywilizacja europejska ma za podstawę najświętszy nonkonfomizm. Czy jednak naprawdę Bóg Ojciec musiał dopuścić do potwornej śmierci własnego Syna, żeby przebaczyć ludzkości wszystkie jej grzechy? Stało się tak nie dlatego, że jest aż tak „obrażalski”, czuły na punkcie własnej osoby. Nie On tu jest winien, winni są ludzie, którym Jezus nie pasował. Męka i śmierć Jezusa stanowiła konsekwencję faktu bardziej podstawowego, tego, że stał się człowiekiem, że podjął dolę człowieczą najradykalniej, jak tylko można, najsolidarniej z całym straszliwym cierpieniem ludzkiego gatunku. Nie dało się inaczej zbawić „homo sapiens”? Co dała tamta śmierć? Co zmieniła? Jedno jest dla nas pojmowalne: pokazała nam, jak żyć – i za co umierać. Wystarczy.

Umarł definitywnie: został pogrzebany. Tak, naprawdę umarł. Nie zszedł z krzyża, choć także to było w Jego boskiej mocy. Przeszedł metr po metrze przez całe ludzkie życie i ludzką śmierć. Życie i śmierć, które przypomina rysunek Jacka Gawłowskiego na książce Doroty Wodeckiej „Polonez na polu minowym”: jakiś owoc jabłkopodobny, ale kolczasty przeraźliwie. Symbol radości naszych, ale i dramatów. Wszystkie były Jego udziałem.

Zstąpił do piekieł.

Poniekąd najdziwniejsze słowa Składu Apostolskiego. Nie ma ich we wcześniejszym, podstawowym i najobszerniejszym chrześcijańskim Credo. Nie ma też dla nich szerokiego uzasadnienia w Piśmie Świętym. Jest tylko w 1 Liście Piotra 3,19 powiedziane: „Przez Niego [Ducha] w ciemnicy poszedł zwiastować [Dobrą Nowinę], tym, które kiedyś nie uległy oczekującej ich Bożej cierpliwości, w dniach Noego, kiedy budowana była Arka, a w niej nieliczni, to jest osiem dusz, uratowani zostali z wody” (Ekumeniczny Przekład Przyjaciół). Niejasne to bardzo słowa, ks. Michał Czajkowski komentuje je tak: „Kochać świat, jak go Chrystus ukochał. Bo gdy potop spadł na ziemię, Noe sam – z nielicznymi – został uratowany. Inaczej Jezus – poucza nas św. Piotr: ratuje się nie sam, lecz solidarny z całą ludzkością rzuca się w wody śmierci, aby wyciągnąć z sobą nas wszystkich.”

Trzeciego dnia zmartwychwstał.

Czemu akurat dnia trzeciego? Bo ta liczba w Biblii oznacza pełnię. Był to czas wystarczający, żeby zaznać niedoli śmierci oraz wyciągnąć z niej zmarłych w poprzednich mękach. Sam też przede wszystkim powstał z martwych. Chrześcijaństwo wierzy w ostateczną nieśmiertelność człowieka, przejęło tę wiarę od późnego judaizmu, ale zmodyfikowało ją przez przedstawienie Boga jako Tego, który stwarza nas od nowa do lepszego życia. Od nowa i do lepszego: zmartwychwstanie to nie wskrzeszenie! Chrystus pokazuje się po śmierci uczniom, widać wyraźnie, że nie jest jakąś zjawą, ma ciało, ale z opisów ewangelijnych jasno wynika, że nie jest to ciało „z tego świata”, „ziemskie”, że należy już do nowego nieba i nowej ziemi. Tak, nie czeka nas ziemska dola, ale los zaiste niebieski. Czeka zupełnie nie wiadomo kiedy? Najpierw będziemy samą duszą? Takie jest wyobrażenie kształtujące tradycyjne nauczanie katolickie, nie opiera się ono jednak raczej na antropologii biblijnej, nie widać w niej dualizmu duszy i ciała, człowiek to ciało ożywione przez duszę, nie mogą być rozdzielone. Co więcej, przecież na „tamtym świecie” nie ma czasu, jest on podobnie jak przestrzeń wymiarem zgoła ziemskim. Czy zatem tradycyjne rozdzielanie dwóch pośmiertnych momentów: Sądu zwanego Szczegółowym i Ostatecznego ma pełne uzasadnienie? Czy – jeśli tam czasu nie ma – nasze dzieje na „tamtym świecie” nie są w istocie takie same jak Chrystusa i Jego Matki, choć oni zgodnie z dotychczasowym nauczaniem kościelnym wyprzedzili nas czasowo do cielesno-duchowej szczęśliwości ostatecznej? Czy owo wyprzedzanie nie wymaga jakiejś reinterpretacji? Może jednak zostawmy rzecz w spokoju. Przecież o Bogu nieporównanie więcej nie wiemy, niż wiemy. Nie mędrkujmy za bardzo.

Wstąpił na Niebiosa.

Znowu problem: jeżeli – jak czytamy najobszerniej w Dziejach Apostolskich – Jezus wstąpił do nieba dopiero po 40 dniach, to czy aby na pewno powstał z martwych po już dniach trzech ? Znajdował się już na „tamtym świecie” czy jeszcze nie całkiem? Otóż całkiem, ale był jeszcze czas, gdy ukazywał się uczniom niejako przekraczając granicę dwóch rzeczywistości. Biblii nie można rozumieć dosłownie, bo będzie w niej inaczej sprzeczności legion.

Siedzi po prawicy Boga, Ojca Wszechmogącego.

Jest przy Nim najbliżej, jak możemy sobie wyobrazić. A raczej nie możemy sobie w ogóle wyobrazić stopnia bliskości wzajemnej Osób Trójcy: gdyby nam się to udało, nie uważalibyśmy wiary w Trójcę za zaprzeczanie matematycznego aksjomatu, iż jeden nie równa się trzy. Równa się, gdy osoby mają dokładnie tę samą naturę: nie mogą się pokłócić, bo absolutnie nic ich nie różni.

Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

Nadejdzie dzień, w którym jasne się stanie, co dobre, a co złe. Dzień ostatecznej Bożej sprawiedliwości: kiedy ona ujawni się „temu światu” i przekształci go dokumentnie, gdy Chrystus okaże się w końcu Mesjaszem takim, jakiego oczekują Żydzi i o jakim po cichu marzy niejeden mieszkaniec Ziemi.

Wierzę w Ducha Świętego.

Trzecia Osoba Trójcy po wiekach zauważona. Na Wschodzie pamiętano o Niej zawsze, inaczej na Zachodzie, szczególnie w Kościele rzymskokatolickim, w którym tak długo dominowała mentalność jurydyczna: wszystko w myśli i w rzeczywistości musiało być zapięte na ostatni guzik, uregulowane, wyjaśnione. Otóż Duch jest wiecznym rewolucjonistą, wszystko wywraca do góry nogami! Poza tym jest w Biblii Parakletem, czyli Pocieszycielem: jest źródłem naszej radości, mimo całej potworności „świata tego”.

Święty Kościół Powszechny.

Wierzę, że Kościół jest święty. W tym sensie, w jakim go określa Sobór Watykański II: „obejmujący w swoim łonie grzeszników, święty i zarazem ciągle potrzebujący oczyszczenia, podejmujący ustawicznie pokutę i odnowienie swoje”. Czy aby na pewno „ustawicznie”? Od nowego Soboru tak: ustami Jana Pawła II i teraz Franciszka. Umiał przekłuć balonik kościelnej pychy papież Wojtyła, umie papież Bergoglio, który ekscelencjom wymyśla od karierowiczów.

Świętych obcowanie.

Słowo to kojarzy nam się co najwyżej seksualnie, a oznacza swoje zaprzeczenie. Luteranie nie boją się mówić tutaj językiem dzisiejszym: „społeczność świętych” (communio sanctorum). Świętych w sensie pierwotnym, gdy to słowo w Kościele oznaczało w ogóle wierzących w Chrystusa. Jest jakaś łączność nie tylko między nami na tym świecie, ale i między tym a tamtym światem: żywi i zmarli modlimy się za siebie nawzajem.

Grzechów odpuszczenie.

Tak, wierzę, że będzie totalne. Bóg nie stworzył świata tak straszliwego, żeby Jego nieskończone miłosierdzie nie mogło skruszyć dokładnie każdego grzesznika.

Ciała zmartwychwstanie.

Oczywiście, ale w rozumieniu biblijnym, gdy ciało człowieka i krew to on sam, oczywiście, gdy jest ono ożywione duszą.

W żywot wieczny. Amen.

Tak, człowiek jest nieśmiertelny. Umiera, owszem, ale Bóg go stwarza do nowego życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s