Oktolog nie tylko chrześcijański. Wariat czy kłamczuszek?

Ewangelia Mateusza 5,1-12
Na dzisiaj tak zwane błogosławieństwa. Melduję tutaj z uporem, że dosłowny przekład powinien mówić nie o błogosławionych, raczej o szczęśliwych, bo w oryginale mamy tutaj przymiotnik „makarioi”, który właśnie takowych oznacza. Zarazem greka (podobnie jak i hebrajszczyzna) dysponuje również innym terminem, nawet dwoma („eulogetoi” i „eulogemenoi”), które należy tłumaczyć również dosłownie jako właśnie błogosławieni („eu” – dobry, „logos” – słowo).
Owszem, sprawa jest skomplikowana, albowiem, po pierwsze, „Słownik języka polskiego” uczy, że „błogosławiony (w użyciu przymiotnikowym) znaczy chwalebny, zbawienny, szczęśliwy, pomyślny”. Czyli że przymiotnik ten oznaczałby tak godnych pochwały, jak i szczęśliwych. Po drugie, są argumenty z wewnątrz tekstu biblijnego. W 1 Liście do Tymoteusza 1,11 mówi się, o „Ewangelii chwały Boga”, którego nazywa się słowem „makarios”: dziwnie byłoby chyba przetłumaczyć je tutaj jako „szczęśliwy” – słowo to pasuje do Boga tak bardzo, że jakoś nie pasuje… Dalej, Elżbieta nazywa Marię „makaria” w Łk 1,45, „eulogemene”, w Łk 1,42 – czyli ewangelista użył tych terminów zamiennie. Jakąś równoznaczność tych terminów widać wreszcie na przykład w formule życzeń świątecznych używanych przez moich przyjaciół ewangelików: na przykład „Błogosławionych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego”.
Tradycja translatorska „błogosławiąca” jest tutaj potężna: wiedzie od Wujka i Biblii Gdańskiej, aż do połowy XX wieku, omijając tylko dwóch arian, Szymona Budnego, który ma „błogich” (znacząca wersja pośrednia), i Marcina Czechowica ze „szczęśliwymi”. W Roku Pańskim 1947 biblista rzymskokatolicki z KUL-u ks. Feliks Gryglewicz mówi znowu o „szczęśliwych, którzy płaczą” (choć wraca do translatorskiej tradycji parędziesiąt lat później). Dzisiaj Biblia Poznańska i Paulińska mają „szczęśliwych”, Tysiąclatka, ewangelicka Warszawska oraz ekumeniczna 11 Kościołów – „błogosławionych”. Dodać trzeba, że np. Tysiąclatka nazywa owych „makarioi” gdzie indziej nieraz szczęśliwymi (Mt 13,16 i 24,46, Łk 10,23 i 12,37, itd.), a my też postępowaliśmy w EPP różnie: mimo mego oporu nasi płaczący są jednak błogosławieni.
Sprawa nie jest na pewno prosta językowo, wydaje mi się jednak ważna duszpastersko, ewangelizacyjnie wręcz. Chodzi mi o to, co tak akcentuje papież Franciszek, żeby przedstawiać Boga jako nieskończenie miłosiernego, głosić religijną radość, naprawdę Dobrą Nowinę (dosłowne tłumaczenie terminu „euangelion”), a nie złą: że jak nie będziemy grzeczni, to pójdziemy do piekła. Taka była pedagogia „chrześcijańska” stosowana przez bardzo długie wieki. Bogiem nie wolno straszyć, tak jak i Kościołem, żeby ten drugi nie pustoszał. Oczywiście nie chodzi o jakąś wypaczającą etykę, głupawą taktykę, Ewangelia nie merda przymilnie ogonkiem – niemniej Syn Boży przyszedł nas zbawić, nie zgubić.
W wersji ze szczęśliwymi dzisiejsza perykopa stanowi swoisty nowotestamentalny Dekalog: wskazuje drogi postępowania. Zarazem jest receptą na szczęście. Całkiem inną niż ta „konsumistyczna” – szczęścia nie da maksimum przyjemności, co do tego zgodzą się także etycy odrzucający wiarę w Niebo – ale poświadczoną legionami ludzi różnych wiar i niewiar, którzy z uśmiechem szli nawet i na śmierć, ponieważ byli wierni sumieniu swemu.
Lektury. Ostatni numer ”Forum”, dwutygodnika przedruków z prasy zagranicznej, opowiada z francuskiego „Le Point” o niejakim Arnoldzie J. Jacobsie; dziennikarzu amerykańskim, który „sprawdzał na sobie różne teorie idealnego życia, wypełniając co do joty wszelkie nakazy, czy to religijne czy zdrowotne. Efekt? Szarańcza na obiad i godziny na bieżni”. Otóż facet „przeżył cały rok, rygorystycznie stosując się do ponad siedmiuset zasad zawartych w Piśmie Świętym (co opisał następnie w książce »Rok biblijnego życia«). Najtrudniejsze okazało się unikanie obgadywania bliźnich, co wcześniej zajmowało mu – jak sam mówi – 70 proc. czasu. Nosił sandały i tuniki, jadał szarańczę i rozweselał winem tych, którym kamień leżał na sercu. Przestał za to grać w futbol, bo jest napisane, żeby nie dotykać dłonią skóry martwej świni, a piłka jest przecież skórzana. Postanowiwszy nie składać w ofierze swego pierworodnego syna, bo Bóg zażądał tego jedynie od Abrahama, uznał jednak za wskazane ukamienować cudzołożnika. Grzesznik mu przyłożył. I taki był koniec biblijnego eksperymentu.” Wariat czy raczej dziennikarz żądny sławy za cenę pospolitych kłamstw? W każdym razie nic bardzo zabawnego.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s