Być ewangelistą skutecznym. Miesięcznik ”W drodze”: wychowanie bezklapsowe

2 List do Tymoteusza 4,5
„Wykonaj dzieło ewangelisty.” Albo też – jak my przetłumaczyliśmy – ”dokonuj dzieła zwiastuna Ewangelii”. Przekład Tysiąclatki bardziej mi się jednak podoba, bo jest tam właśnie jedno greckie słowo w genetiwie: „evaggelistou”.

My ewangelistą nazywamy autora jednego z czterech tekstów ewangeliami zwanych, ale dzisiejsze słowa to jeszcze jeden dowód, że owe teksty to jakieś orędzie, nie reportaże historyczne, po drugie, że ewangelistą jest każdy, kto orędzie Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny głosi. Nowiny dobrej: że znalazł się ktoś, kto zatroszczył się o nasze szczęście pośmiertne, a że jest wręcz Synem Boga, więc zadbał o to skutecznie. Jest tylko problem, jak tę nowinę przekazywać. W „Tygodniku Powszechnym” przeczytałem list kogoś, kto oburza się na nachalność religijnego molestowania, np. przez maile do skrzynki pocztowej w pracy. Mnie ono nie oburza, martwię się jednak, czy jest skuteczne. Świadkowie Jehowy nie są najlepszym wzorem.

Co się wydaje
Lektura: „W drodze”, czerwiec 2012.
Naprawdę natnie się srodze
ten, co nie czyta „W drodze”.

W rymowance reklamowej, którą kiedyś ułożyłem dla poparcia polskich periodyków, tak sobie promowałem ów miesięcznik dominikański poznański. Pomogło mu jednak raczej co innego: koncepcja pisma inna niż skądinąd znakomitego „Znaku” czy „Więzi”. Podtytuł „miesięcznik poświęcony życiu chrześcijańskiemu” dobrze opisuje rzeczywistość: jest tu faktycznie bardzo dużo o samym życiu. Pewnie dzięki temu nakład urósł do 7700 egzemplarzy: to na tle trudności podobnych periodyków sukces niebywały!

Najnowszy numer ma jako temat wiodący wychowanie. Otwiera tekst psychologa Anny Dembińskiej w kwestii klapsa. Nie mamy tu jego obrony przez wyśmiewanie wychowania bezstresowego, grożącego rzekomo ciąganiem rodziców po sądach za maleńkie klapnięcie po pupie. Autorka argumentuje empirycznie. Jej znajoma „próbowała oduczyć córeczkę rzucania zabawkami. Za każde rzucenie dziewczynka dostawała lekko po łapce. Nadal rzuca zabawkami, tylko teraz po każdym rzuceniu przybiega do mamy po obowiązkowe pacnięcie w rączkę.” Skalkulowała, że się opłaci.

I dużo takich rad (także w tekstach Joanny Stroemich i Macieja Müllera), przede wszystkim jedna podstawowa, wyakcentowana w podtytule świetnego artykułu: „Bicia uczymy bijąc, krzyku krzycząc, mówić »cholera« – mówiąc »cholera«. Tłumaczenie nic nie da, jeśli nie pójdzie za tym nasz przykład”. Teza równie oczywista, jak trudna w codziennym życiu. Co piszę smutny, sam pełen winy za to, co było ze mną przed pół wiekiem.

PS. Tylko kto dzisiaj mówi „cholera”? Nazwa ciężkiej choroby somatycznej wyszła z mody, wyparta przez termin schorzenia moralnego…

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s