Kto i jak bluźni? Jeszcze o świętej Ekumenii: o pamięci przyjaznej

Ewangelia Marka 3,28-30
„Amen, powiadam wam, że wszystkie grzechy będą ludziom odpuszczone i wszystkie bluźnierstwa. Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma dlań przebaczenia na wieki, ale obciąża się winą nieprzemijającą. Twierdzili bowiem: – On ma ducha nieczystego”.
Ekumeniczny Przekład Przyjaciół, trochę przeze mnie poprawiony. Wpadliśmy bowiem późno na pomysł, żeby tradycyjne „zaprawdę” zastąpić wyrażeniem hebrajskim, zachowanym w oryginale greckim: „amen”. Ów termin hebrajski, jakże polski zarazem, mamy dopiero w późniejszych ewangeliach.
Tyle tradycyjnego już tutaj wstępu filologicznego, teraz teologia. A z tego punktu widzenia ten passus jest równie ważny, jak trudny. Można bowiem zapytać po prostu: czemu trzecia Osoba Trójcy ma być ważniejsza niż Bóg Ojciec i Syn Boży? Zwykłem to sobie (i Czytelnikom) tłumaczyć tak, że „Duch wieje, kędy chce”, czyli dociera do samego wnętrza naszej świadomości i oświeca ją tak jasno, że człowiek nie może nie zobaczyć, gdzie jest Prawda. Nie jest to chyba egzegeza mylna, ale trzeba przede wszystkim przeczytać uważnie całą perykopę.

Uczeni w Piśmie zarzucają Jezusowi, że jest opętany przez Belzebuba (czyli przywódcę demonów) i jego mocą wypędza złe duchy. Chrystus wykazał absurdalność, bo sprzeczność logiczną tego zarzutu: „Jak szatan może wypędzać szatany? Rozdarte niezgodą królestwo nie ostanie się. Skłócona rodzina nie ostanie się. Jeśli więc szatan powstał przeciwko sobie i jest w sobie rozdwojony, nie ostanie się. Koniec z nim!”. Po tym spokojnym wywodzie Jezus wybucha, wypowiadając wyjątkowo mocne słowa, które zacytowałem na wstępie. Rozgniewał Go szczególnie zarzut, że jest opętany. Biblia Paulińska tłumaczy, że było to przypisywanie demonicznej działalności Bogu – bluźnierstwo zatem szczególne.
Oczywiście jednak owi uczeni w Piśmie bluźniercy nie rozpoznali w Jezusie z Nazaretu Mesjasza, więc było to bluźnierstwo raczej mimo woli. Nie była to niewiedza całkiem niewinna, niemniej formułę ich potępienia cechował ostry, proroczy, przesadny styl, którym posługiwał się Chrystus. Biblia Jerozolimska napisała, że „taka postawa sama przez się wyklucza z kręgu zbawienia, Łaska jednak może ją zmienić i wówczas powrót do zbawienia jest możliwy”. Tak jak każdego grzesznika, bo Duch wieje jak huragan. I dmie szczególnie silnie po śmierci grzesznika, by wyciągnąć go z piekła, jeśli aż tam się nieszczęśliwie zapadł.

PS. A były ciemne czasy, nie takie znowu bardzo dawne, kiedy w moim Kościele zbawienie rezerwowano wyłącznie dla jego wiernych. Zapewne uważano, że kto nie katolik, ten Duchowi Świętemu bluźni. Tego rodzaju – mówiąc uczenie – „ekluzywizm soteriologiczny” skojarzył mi się, albowiem trwa w całym chrześcijaństwie tydzień modlitw o jego jedność i wymodlono już bardzo dużo, bo nie uzależniamy już zbawienia od wyznawania doktryny. Czasem zresztą dzieli nie tyle doktryna, ile historia. Tak jest w stosunkach prawosławno-katolickich, zepsutych nieszczęśliwie przez unię brzeską, podobnie jest również w relacjach mej wspólnoty z Kościołem polskokatolickim. Powstały w Ameryce z konfliktu na tle narodowym Kościół o doktrynie starokatolickiej dał się wplątać fatalnie po wojnie w antykościelne machinacje komunistyczne. Ta władza jednak minęła jak sen jakiś czarny i na przykład w sobotę mogłem uczestniczyć w tamtejszym nabożeństwie ekumenicznym w całej pełni, bo również w Komunii (szczególnie że polskokatolicy wyznają tę samą wiarę w eucharystyczną obecność).

Z kolei wczoraj byłem u warszawskich luteranów na nabożeństwie ekumenicznym centralnym, bo niedzielnym. Mowę główną trzymał katolicki biskup główny sandomierski, Krzysztof Nitkiewicz. Kazanie to było średnie, ale potem na tak zwanej agapie dostojnik aż błyszczał serdecznością, nie wątpię, że szczerą. I może taki styl to rzecz w ekumenii niemal najważniejsza. Doktryna doktryną, a przyjaźń przyjaźnią.
Żeby na przykład nie wypominać sobie przeszłości, mówić raczej o tym, co wtedy było sympatyczne. Instytut Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego wydaje „Zeszyty Społecznej Myśli Kościoła”. W ostatnim numerze biskup pomocniczy krakowski Grzygorz Ryś, Stanisław Krajewski (intelektualista żydowski) i Jan Andrzej Kłoczowski (dominikanin) piszą na temat „Pamięć a religia”. Oto początek tekstu Rysia:
„ (…) W ramach zajęć zatytułowanych «Dziedzictwo Kościoła krakowskiego» zaprowadziłem kleryków I roku krakowskiego seminarium duchownego do luterańskiego kościoła p.w. św. Marcina w Krakowie. Wspólnota ewangelicka użytkuje go dopiero od końca XVIII wieku. Wcześniej, przez blisko dwa stulecia musiała się gromadzić na liturgię poza miastem; jej pierwszy zbór (na ul. św. Jana, tuż przy Rynku), otwarty w 1574 roku i użytkowany (w myśl tzw. Zgody Sandomierskiej) wspólnie z kalwinami, został – po całej serii napadów i profanacji – ostatecznie spalony i zburzony w roku 1591. Chciałem, aby klerycy zobaczyli – w pewnym sensie in situ – znany (powielany wielokrotnie w XVII w.) drzeworyt przedstawiający tę właśnie scenę: rozwydrzony tłum katolickich żaków, rozpanoszony na każdym z poziomów kamienicy, od fundamentów po dach, rozbija okna, wyłamuje drzwi, podkłada ogień, wyrzuca księgi i sprzęty liturgiczne. Obraz wisi w kancelarii parafialnej; druga kopia – większa i lepiej eksponowana – w sali spotkań. Proboszcz luterański, ks. Roman Pracki pokazał go nam, wszakże bez większego entuzjazmu. Zwrócił za to naszą uwagę na wiszący obok obraz przedstawiający katolicki kościół p.w. św. Agnieszki (garnizonowy), i powiedział, że to właśnie w tym kościele podczas ostatniej wojny krakowscy luteranie-Polacy gromadzili się na modlitwę i katechizację (np. przed konfirmacją), ponieważ zarządzenie władz okupacyjnych zabraniało im wstępu do zarezerwowanego dla niemieckich ewangelików kościoła św. Marcina. Podobną pomoc polscy ewangelicy uzyskiwali w pobliskim katolickim kościółku św. Idziego. «Obydwa obrazy» – powiedział ks. Pracki – «kodują pamięć krakowskiej gminy luterańskiej. Część jej członków jest mocno przywiązana do pierwszego z nich; druga (większa) – woli ten drugi, streszczający przyjazną koegzystencję obu chrześcijańskich wyznań». Byłem mu osobiście głęboko wdzięczny; pokazał nam bowiem w ten sposób nie tylko to, że człowiek (i tworzone przezeń wspólnoty!) potrzebują pamięci, ale także, że – pielęgnując ją – muszą dokonać pewnego wyboru. Wybór ten nie oznacza tendencji do wyparcia z pamięci niewygodnych faktów (przeszłość trzeba przyjąć w całości); oznacza wszakże decyzję co do tego, którą część własnej historii chcemy kontynuować! Chodzi więc nie tyle o rewizję historii, co raczej o – używając słów ks. Tischnera – «wybór własnej historii»: wybór własnej historii oznacza, że pewne wydarzenia odsuwamy na plan dalszy, inne stawiamy sobie w sposób szczególny przed oczy jako jakiś wzór. Ma to ogromne znaczenie. Nawiązując do historii człowiek ma udział w godności tych, których dzieło kontynuuje.” (To chyba nie cytat, ale wyróżniona główna myśl biskupa). Chodzi bowiem o pamięć przyjazną.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s