Koniec świata jeszcze daleki: Chrystus jeszcze nie panuje, niech Go Kościół naśladuje! O Rydzyku, ale i Haliku

„Zaprawdę powiadam wam, że wy, którzy poszliście za mną, przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na tronie chwały swojej, zasiądziecie i wy na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń izraelskich”.
Zgodnie z planem wracam do „blogowania”. Właściwie to wróciłem już w czasie urlopu w domu prawosławnym w Cieplicach. W przerwach między tłumaczeniem Apokalipsy rozmyślałem nad przepisanym na dzisiaj wersetem w przekładzie Biblii Warszawskiej, który jest tam w każdym pokoju.
Łatwo pośpieszyć się i zachowywać się tak, jakbyśmy już byli w czasach ostatecznych, gdy skończy się czas „doczesny” i Jezus wróci: wtedy już „w chwale”, z boską potęgą, by odrodzić, odnowić wszechświat. Póki co, nie objawia On swej mocy i Jego Kościół musi Go naśladować: nie powinien się szarogęsić. A o pokusę łatwo…
Mój polski Kościół ma swoją specyfikę: jest nią „naturalne” upolitycznienie. Wzięło się ze szczególnej historii, w której bywał ostoją narodowej wolności, czym zdobył sobie duży autorytet. Oczywiście dobrze, że go ma (źle, że go traci z powodów, o których dalej) : dobrze dla narodu, bo dzięki temu może głosić swoje zasady nie jak dziad do obrazu. Niedobrze jednak, gdy nadal czuje się ostoją wolności politycznej, choć już nikt na nią nie czyha, a w każdym razie nie mógłby jej nam zabrać. Mamy demokrację, mamy ustrój liberalny, system wielopartyjny: gdyby któraś partia chciała rządzić po dyktatorsku (a są takie…), opozycja jej na to nie pozwoli.

Napisałem te oczywistości, ponieważ pewien nasz duchowny zakwestionował je niedawno. Myślę naturalnie o ojcu Rydzyku, o jego wypowiedzi w Brukseli, że w Polsce panuje totalitaryzm. Wyjaśnił potem, że miał na myśli jedynie posunięcie totalitarne jednej partii, tej, co teraz rządzi – a która go jego zdaniem tak brzydko potraktowała.
W „Tygodniku Powszechnym”, w artykule Artura Sporniaka wyczytałem myśl złocistą ks. Andrzeja Lutra. Stwierdził on, że wypowiedź dyrektora Radia Maryja jest tak absurdalna i obskurancka, że państwu polskiemu zaszkodziła niewiele! Zaszokowała natomiast poważnie wizerunkowi Kościoła, z którym Radio Maryja jest przecież utożsamiane. I nic tu pewnie nie pomoże wypowiedź rzecznika Watykanu, iż to nie jest głos Kościoła. Wiadomo przecież – napisał to sam Sporniak – że za tym głosem stoi duża część biskupów polskich. I tu jest pies pogrzebany, bardzo głęboko.

Historia ciąży. Ciąży zdobyty w dawnych czasach autorytet. Zjawisko Radia Maryja jest w istocie wierzchołkiem góry lądowej, wykwitem swoistej mentalności Kościoła, który przywykł być duchowym mentorem całego społeczeństwa; żeby tylko duchowym: także politycznym. Granica między doradztwem duchowym a działaniem politycznym jest cienka. Między zajmowaniem stanowiska politycznego, wywieraniem nacisku na władze państwowe, naleganiem na konkretny kształt państwowych ustaw, a głoszeniem swoich pryncypiów moralnych. Prawo musi mieć jakiś związek z moralnością, jest jednak problem, co robić, gdy w niektórych sprawach moralnych panują w społeczeństwie różne poglądy. Kościół uważa, że jego zasady wynikają z ”prawa naturalnego”, czyli stanowią odwieczną etykę ogólnoludzką, powinny zatem rządzić prawem państwowym – ale wielu obywateli jest innego zdania.

Co gorsza, na owym wierzchołku głosi się w Polsce poglądy tak skrajne, że chyba żaden polski biskup się do nich głośno nie przyzna. Przeciwnikom odmawia się nie tylko moralności, także polskości. Radio Maryja jest nie tylko zaangażowane politycznie, jeśli przez to rozumieć samą tematykę polityczną, którą widać przecież w różnych mediach kościelnych: ono jest zaangażowane partyjnie, sprzyja jednej partii. Episkopat Polski unika już takiej opcji, ale nie widać, by mu przeszkadzała w mediach ojca Rydzyka.
Owszem, biskupi moi napominali nieraz wszechwładnego zakonnika, ustanowili nawet nad jego działaniem pewną instytucjonalną kontrolę, wydaje się jednak, że gwiżdże on im na nosie, a oni słuchają tego z imponującym spokojem.
Może jednak nowy nuncjusz coś tu realnie zadziała. W końcu wypowiedź brukselska jest niczym w porównaniu do hańby na KUL-u. Do tamtejszego ataku na arcybiskupa Życińskiego, który można było przewidzieć, bo Grzegorz Braun robił to przedtem w Radiu Maryja, ataku, który nie spotkał się od razu z żadną oficjalną polemiką ze strony uczelni, której arcybiskup był wielkim kanclerzem. Zaprawdę zaraza szerzy się na całego.

Na tym jednak nie koniec opowieści o ciążeniu przeszłości. Napisałem, że radio ojca Rydzyka jest wierzchołkiem góry lodowej. Otóż jest to góra potężna, bo nie ma u nas instytucji duchowej silniejszej niż Kościół rzymskokatolicki, ale i zamrożona mocno. Historia nadwiślańska nie sprzyjała rozwojowi żadnego ekumenizmu, szczególnie tego wewnątrzchrześcijańskiego, bo protestantyzm kojarzył się z zaborcą pruskim a prawosławie z caratem, ale również każdego otwarcia na inne wiary albo i niewiarę właśnie. A inni chrześcijanie to w Polsce mniej niż 3 proc. obywateli, liczni natomiast to jakaś „szara strefa” myślowa między katolicką ortodoksją a ateizmem, różne wersje religijnego agnostycyzmu. Nasza utrata niepodległości spowodowała również, że nie dotknęła nas głębiej i szerzej myślowa rewolucja oświeceniowa. Zamiast pytania o Boga, jak rządzi światem albo czy w ogóle istnieje, nasz religijny kontestator z „Dziadów” Mickiewicza jedynie bluźni, przyrównując Boga do rosyjskiego cesarza. Wszelkie problemy religijne, które rewolucjonizują myśl Zachodu, blakły u nas w obliczu bardziej fundamentalnych: jak wybić się na niepodległość. Pozwolę sobie na kalambur: stąd nasz nadwiślański fundamentalizm.

I tu trochę myśli z kolejnej książki księdza Tomasza Halika, ekumenisty najdalszych granic. Znak wydał dość niedawno jego „Teatr dla aniołów”. Podtytuł: „Życie jako religijny eksperyment”. Trochę tu jego myśli dawniejszych, ale i sporo nowych.
Zacznę od mego stwierdzenia ważnego, choć nie przedstawiającego głównej tezy „Teatru”. Jest ona po staremu taka, że wierzący od niewierzącego wiele się może nauczyć – ale przez książkę przewija się również, chyba mocniej niż dawniej, swoisty kontrapunkt. Halik jest bardzo otwarty myślowo, ale nie rozwarty. Jest krytyczny wobec swoich, ale przed nieswoimi nie pada nigdy na kolana. Nie podoba mu się w szczególności myślowe źródło współczesnego ateizmu, czyli ideologia oświeceniowa. Zacytuję coś ze s. 21:
„Świat nie jest niebem, ludzkość nie jest zastępem aniołów, wszelkie obietnice stworzenia nieba na ziemi i skonstruowania doskonałego człowieka są ideologicznymi oszustwami taniego optymizmu oświeceniowego i jego spadkobierców”.

Albo myśl o twórcy nowoczesnego ateizmu, ż zaproponował on „bardzo ryzykowną terapię religijnej alienacji. Bo chociaż człowiek nowożytny, wedle Feuerbacha, ściągnął boga z nieba na ziemię, to przecież nie przyczynił się tym samym do rzeczywistego uzdrowienia istoty ludzkiej, lecz wywołał inflację i hipertrofię jej własnego »ja«, narcystycznego uwielbienia siebie”.
Nie ma zatem Halik wobec laickiego świata kompleksów niższości. Ale też nie wywyższa swej wiary nad niewiarę: powiada, że „większość z nas oscyluje między snem a czuwaniem, zamknięciem, a otwartością, wiarą a niewiarą”.
Proponuje reformę chrześcijańskiego pojmowania Boga. Nie jest On zgoła Wielkim Bytem, „który żywi się ludzkim strachem i wtłacza człowieka w świat kłamstwa, lęku i nienawiści”. Bóg nie przychodzi do nas jako tyran ograbiający nas z naszych szans i naszej wolności”. Wiara w Niego „otwiera przed człowiekiem przestrzeń
, w której może żyć w pełni i odpowiedzialnie, w prawdzie i wolności”. To już zresztą obraz Boga nierewelacyjny: Joseph Ratzinger też napisał kiedyś, że nie jest On na pewno naszym nieznośnym dozorcą. Halik zresztą nie uważa Benedykta XVI za ciasnego stróża katolickiej myśli. Przejął się tym, co ten papież powiedział o ludziach niewierzących: że powinni postępować tak, jakby Bóg istniał, ale nie interpretuje tego jako założenia, że niewierzący są moralnie gorsi od wierzących ani jako chęci łatwego pomnożenia szeregów Kościoła. Co do mnie, obawiam się, że według Benedykta niewierzący są jednak gorsi, bo wpadli w relatywizm moralny, ale to już inna sprawa. Tu chcę tylko zaznaczyć, że czeski myśliciel jest krytyczny obustronnie: tak wobec fundamentalizmu ateistycznego, jak i religijnego. Proponuje dialog między agnostycyzmem a chrześcijaństwem nieustannego szukania Chrystusa, teologią negatywną, akcentującą niepoznawalność Boga. Uważa, że pewne rodzaje ateizmu są cennym doświadczeniem religijnym, a monopolu na prawdę nie ma nikt.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s