Kto kogo czym nawraca? A pycha odpycha

Psalm 37,23-24
„Pan umacnia kroki człowieka,
a w jego drodze ma upodobanie.
A choćby upadł, nie będzie leżał,
bo jego rękę Pan podtrzymuje.
Zbawienie sprawiedliwych pochodzi od Pana,
On ich ucieczką w czasie utrapienia.
On ich wspomaga i wyzwala,
wybawia od występnych i zachowuje,
On bowiem jest ich ucieczką.”

Ten passus psalmu mógłby zdobić dzień każdego świętego, nie tylko dzisiejszego Tomasza z Akwinu, ale jego również, bo doń też pasuje jak ulał. Na pewno Bóg ma upodobanie w Jego drodze. Nie każdy musi być arcymyślicielem, czytać i czytać, przede wszystkim myśleć i pisać (wtedy – XIII wiek – do czytania było nieporównanie mniej niż teraz). Ale myślenie nie grzech, a śmiałe nawet większa cnota. Czynię w ten sposób aluzję do tego, że Akwinata nie kombinował pod obowiązujący ideologiczny sznurek, nie uważał, że Ewangelia to chrystianizm-platonizm (jak potem – nie przymierzając – marksizm-leninizm), uważał, iż Arystoteles też wart uwagi, nawet poważnej. Moralnie chyba nie upadał bardzo, bo by się to przedostało przez sito hagiografów. Z upadkami fizycznymi mógł mieć kłopoty, albowiem podobno był tuszy ogromnej, nie mógł pracować inaczej niż przy stole odpowiednio wyciętym, by brzuch nie oddalił go od księgi za bardzo. Myślę jednak, że powstawał jakoś, podtrzymując się „ręką przez Pana podtrzymywaną”. „Utrapienia” mógł mieć za życia z racji swoich poglądów, które nawet arcybiskup ówczesny Paryża Stefan Tempier obłożył na trochę indeksem ksiąg zakazanych. Na trochę jednak tylko; co prawda, nie ma w jego i moim Kościele rangi apostoła, dziś nie święto (nieobowiązkowe), wspomina się go jednak obowiązkowo.

A ja czuję się w obowiązku wspomnieć, co napisał jego przez jakiś czas współbrat zakonny, dziś już niedominikanin profesor Tadeusz Bartoś we wstępie do swojej niedawno wydanej książki „Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności” (WAB, Warszawa 2010).
”Nie jestem tomistą. Czytając jednak od wielu już lat teksty Tomasza z Akwinu, z narastającym zdziwieniem dostrzegałem rozziew między tym, co pisze on sam, a tym, co piszą o nim jego komentatorzy. Lektura rozmaitych dzieł Akwinaty, także praca tłumacza, doprowadziły mnie do innego aniżeli popularny w naszym kraju podręcznikowy obraz jego myśli.
Tomasz z Akwinu nie zbudował spójnego systemu filozoficznego. Dostrzec można nieciągłości w jego myśleniu, nakładanie się na siebie przekonań, których nie sposób złączyć w jedną całość. Tomiści tymczasem często w punkcie wyjścia zakładają systemową i doktrynalną koherencję dzieła. Założenie tak silne sprawia, że nie dostrzega się pęknięć. Choćby nieprzystawalności platońskiego (to jest neoplatońskiego – Tomasz tego nie rozróżniał) i arystotelesowskiego wpływu w kwestii rozumienia prawdy. Będę o tym mówił w kolejnych rozdziałach książki.
Niedostrzeganie pęknięć w myśli autora skutkuje niedostrzeganiem źródeł jego filozoficznej inspiracji. Dopiero bowiem w miejscach nieciągłości rodzą się pytania istotne. Autentyczny ruch myśli zaczyna się tam, gdzie oczywistość powstrzymana zostaje zapytywaniem, którego nie sposób unieważnić. Gdy tego nie widzimy, pozostajemy bez pytań, z pustymi rękoma gotowych odpowiedzi.
Tomiści, choć nie tylko oni — podobna do tomistycznej totalizująco-systematyzująca ideologizacja myśli możliwa jest właściwie w każdym systemie filozoficznym – głusi są na wymiar historyczny. Nie dostrzegają, że średniowieczny styl filozoficzny, ówczesny sposób myślenia, postrzegania rzeczywistości, nie jest światem, w którym żyje współczesny filozof czy teolog. Jakby nie widzieli upływającego czasu. Jakby czas nie istniał! Budują swoją „wieczystą filozofię” zatopieni w słowach, których nie potrafią ożywić.
Dlaczego tak się dzieje? Jaka intencja przyświeca twórcom podobnych ideologii? W nowożytności (a ściślej: w jednym z jej istotnych nurtów) dominującym pragnieniem było zdobycie trwałej podstawy. Jedyna i słuszna filozofia (jedyna i słuszna nauka) miała dawać trwałe oparcie, bezwzględny punkt odniesienia, poczucie posiadania prawdy, dysponowania niezawodną racją. Tomiści czynili więc sobie z Tomasza z Akwinu nauczyciela tego, jak myśleć należy. A kto myślał inaczej, stawał się podejrzany o relatywizm, kwestionowanie wszelkiej prawdy, wszelkiej podstawy wiedzy.
Tomista i podobnie nastrojony myśliciel religijny, teolog, duchowny, nie zwleka — przechodzi do ataku. Broni przecież prawdy absolutnej. W rzeczywistości jednak chroni jedynie iluzję własnego uprzywilejowanego dostępu do prawdy, wyższej pozycji epistemicznej, którą sam sobie obrał. Taka jest metodologia postępowania wszelkiej maści religijnych i bogobojnych oraz – vice versa – świeckich i ateistycznych ideologii. Broni się prawdy absolutnej, tej właśnie, którą samemu się wyznaje.
Dążność do ideologizacji myśli Tomasza z Akwinu w Europie nowożytnej wynikała z niefortunnego sprzężenia systemu religijnego katolicyzmu z doktryną tomistyczną w okresie nowożytnym. Tomizm i katolicyzm były przez wieki w oficjalnej symbiozie. Obrona prawdy, obrona wiary, obrona Tomasza były niczym obrona Częstochowy, odsiecz wiedeńska i bitwa pod Lepanto w jednym — składały się na szeroki nurt ochrony zagrożonej kultury katolickiej w nowożytności. Aż do obłędnego przekonania, że wróg czyha wszędzie i na stałe zachować trzeba czujność bojową, by móc w każdej chwili dać odpór. Ten duch katolicyzmu, dobrze znany z naszego rodzimego podwórka, nie narodził się dzisiaj, kształtował się od początku nowożytności, kiedy to w procesie historycznym poszczególne obszary ludzkiego życia (edukacja, medycyna, nauki szczegółowe, władza polityczna) uwalniały się spod dominującego wpływu religii. Ta zaś nie umiała się z tym pogodzić.
(…)Podejmujący się głoszenia śmierci prawdy absolutnej ryzykuje, że zostanie wyśmiany, ogłoszony szaleńcem, nieukiem, odszczepieńcem, relatywistą, nihilistą. A jednak trzeba głosić ów koniec. By na zawsze przepadła iluzja mechanicznego dostępu do własnej niekwestionowanej nieomylności. W tym wszystkim niech nas strzeże święty Tomasz — Doctor Angelicus.
Przedziwny to był mędrzec. Żył w czasach jakże odmiennych, inne rzeczy miał w głowie, ale jednego z całą pewnością mu nie brakowało: umiaru, zdrowego rozsądku, świadomości, że żadna ludzka wiedza nie wystarcza, by dosięgnąć absolutu. Całe życie ciężko pracował, nie wynosił się, nie dążył do władzy i wpływów. Na koniec uznał, że jego dzieło jest nicością — omnia palea, „wszystko to słoma” – powiedział przed śmiercią.
W ten sposób zostawił nam testament. Weźmy go dosłownie, uznajmy, że nie była to jedynie niejasna metafora: każde ludzkie dzieło jest nicością, słomą jesteśmy i myśli nasze. Po cóż się puszyć i nadymać. Więcej niewiedzy aniżeli wiedzy jest we wszystkim, o czym myślimy, co mówimy i robimy. Trzeba głosić śmierć prawdy absolutnej. Tomasza z Akwinu mamy za patrona.”

Za tak zwanej komuny krążył dowcip: jaka jest różnica między Marksem a marksistami? Taka, jak między Kantem a kanciarzami. Między Tomaszem a tomistami już jednak inna, ale dobrze, że Bartoś ową dyferencję akcentuje (czynił to też nawet po początkowym zapale profesor Stefan Swieżawski). A w ogóle to dobrze, że ową książkę napisał. Za eklezjofila zgoła nieuważany, spowodował nią jednak, że pewna pani (doktor nauk humanistycznych, więc rozumiejąca, w czym rzecz) zaczęła z powrotem chodzić do kościoła. Albowiem eklezjalna pycha od tej instytucji odpycha. Co już chyba raz tu
napisałem poetycznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s