Wariacje na temat wodzów

Ewangelia Łukasza 21,5-11
”Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: – Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: – Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: – Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: «Ja jestem» oraz: «Nadszedł czas». Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: – Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie”.

Wyraźna przepowiednia zburzenia Jerozolimy, zarazem „antyprzepowiednia” bliskości końca świata. Uspokojenie („nie trwóżcie się”), zarazem ostrzeżenie przed zwodzicielami.

Mało bywa „antychrystów”, którzy uważają się dosłownie za Jezusa z Nazaretu. Tacy to oczywiście wariaci, więc nie są bardzo niebezpieczni. Gorzej z różnymi ludźmi, którzy kreują się faktycznie na bogów, przypisują sobie charyzmat nieomylności. Nie zbywa mi na krytycyzmie wobec mego Kościoła, jednak nie o papieżach tu myślę. W „Arce Noego” wydrukowałem w poprzednią sobotę artykuł Józefa Majewskiego, przedstawiający rzymskokatolickie roszczenia do nieomylności, nie uważam jednak żadnego biskupa Rzymu za antychrysta: są lepsi kandydaci do tego miana. Byli, są i będą ludzie, którzy głoszą antyewangelię. Dyktatorzy wszystkich czasów, którzy zrobią wszystko, by umocnić swoją władzę, a że są podejrzliwi w równej mierze jak niesprawiedliwi, bywają mordercami milionów.

Demokracja posiada milion wad, ale ma jedną fundamentalną zaletę, że kocha krytykę. Obali raczej każdy autorytet (nie ma w tym niestety umiaru), niż pozwoli komukolwiek się ubóstwić albo być ubóstwionym. A jest w nas słabo uświadomiona potrzeba posiadania wodza: kogoś, kto myśli za nas i programuje nasze działania, która daje nam poczucie bezpieczeństwa, kto odpędza lęki, zdejmując z nas neurotyczne poczucie odpowiedzialności.

Od dzieciństwa mam niechęć do różnych ludzkich wielkości. Nie mogę się wciąż przekonać do Piłsudskiego, wolałem znacznie Sikorskiego, aż dowiedziałem się, że lubił być ważny, a jakże. Z czasem, co prawda, zrozumiałem, że bez ludzi mających tak zwany instynkt wodzowski nic się nie uda zrobić, bo każda łódka musi mieć sternika. I przywódcy słusznie wybacza się sporo, byleby służył czemuś więcej niż sobie. Oczywiście też, żeby nie był to jeden naród: tylko jeden – reszta to pachołki.

Nie mogę zrozumieć umiłowania wodzów, ale sam nie jestem wolny od takiej skłonności. U podstaw jej bywa szukanie mistrza bez chrześcijańskiej wiary, że jest tylko ktoś jeden, komu można zaufać absolutnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s