Wyboista ścieżka prawdy

Psalm 119,29

„Powstrzymaj mnie od drogi kłamstwa”.

Kochanowski ma poetyczniej: „Ścieżką prawdy Twej pobieżę”.

Modlitwa odpowiednia szczególnie dla mnie, parającego się słowem publicznym. Waga kłamstwa wzrasta proporcjonalnie do liczby odbiorców – to chyba bezsporne prawo arytmetyczno-etyczne. Niemniej sprawa nie jest prosta. Mowa publiczna ma swoje prawa gatunkowe.

Nie mówi się tego samego bliźniemu na ucho, co można napisać choćby i w periodyku niszowym. Ten drugi rodzaj mowy wymaga nieporównanie większej delikatności, by nie rzec: dyplomacji. Gdy rozmawiają przedstawiciele państw, obowiązuje wręcz słowny odpowiednik fraka: może być nawet i pistolet przystawiony do skroni, ale obowiązkowo owinięty w jedwab. Co jest tezą zgoła banalną, problem polega jednak na tym, że w Kościele (Kościołach) ta publiczna jedwabistość słowa kłóci się okropnie z szorstkością mowy prywatnej. Publicznie wychwala się purpuratów pod niebiosa, choć myśli się o nich – i mówi przyjaciołom – bez ogródek. Do tego stylu kompletnie nie pasuje biskup Tadeusz Pieronek, piorunujący słowem publicznym na prawo i lewo. Prywatnie zresztą potrafił powiedzieć (podobno) innemu hierarsze, że jest głupi i ma wszy, co mnie wcale nie gorszy: wolę sztubackie szturchanie niż eklezjalną obłudę.

A ja sam – co? Pamiętam, jak Adam Michnik tłumaczył mi na początku mojej pracy w „Wyborczej”, że nie mogę tutaj używać języka, którym pisałem przez 30 lat w „Więzi”. Tamtejsza (ówczesna) delikatność nie nadawała się bowiem do gazety po pierwsze niekatolickiej, po drugie redagowanej w wolnej Polsce, w której słowo publiczne nie jest w ogóle w obcęgach cenzury, jest z założenia wolne. Demokracja to „głośność”.

Jest tu jednak problem spory. Na pewno nie można grzechów Kościoła (nie tylko jego synów, jak powiada się eklezjalnie) owijać w bawełnę eufemizmów, ale jest coś takiego, jak szacunek dla rodziców. Nie mówi się o rodzonej matce bez zahamowań, a przecież Kościół jest mi matką. W „Gazecie” uchodzę za dyplomatę, w Kościele – niekoniecznie. Zawsze mam problem, czy wykładając (wylewając) kawę na ławę nie robię tego za bardzo dla poklasku kolegów, czy mnie dostatecznie usprawiedliwia to, że inny język jest dla nich po prostu krętactwem.

Etyka języka to zgrabny rym, ale i duży dział zasad moralności. Ścieżka prawdy jest nie tylko wąska, jak każda droga do Nieba, ale i wyboista. Pewna pani po prostu nieznośna twierdziła, że ma „charyzmat mówienia rzeczy nieprzyjemnych”. Nie jest to dar Ducha Świętego, raczej całkiem innego, a swoją drogą wyzwala nas wyłącznie prawda. Jak ją głosić z miłością – oto jest pytanie ogromne. Bo to znaczy w ogóle, jak żyć.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s